środa, lipca 31

Półka z książkami – jaką literaturę lubię?


Przymierzałam się do napisania tego posta już od jakiegoś czasu, jednak nie chciałam, by był to kolejny wpis w rodzaju „10 autorów, których kocham/lubię/szanuję”, czy też „Moi top pisarze”. Nie jest moim celem zanudzanie czytelnika i szczegółowe przybliżanie sylwetek poszczególnych mistrzów pióra, bo zrobić to może każdy z Was, odpalając choćby Wikipedię. Moją intencją jest zaprezentowanie Wam pewnych trendów, które w literaturze lubię, i które mnie pociągają na tyle, że chętnie przemycam je również w mojej skromnej twórczości.

Mówiąc w wielkim skrócie – tworzę takie rzeczy, które sama chciałabym przeczytać.

Skłamię, jeśli powiem, że fanką czytania byłam od zawsze. Być może zaszczepiono mi we wczesnym dzieciństwie jakieś czytelnicze ideały, jednak prawdę mówiąc, zupełnie ich nie pamiętam, a przymus pochłaniania szkolnych lektur wspominam raczej z goryczą i lekkim niesmakiem. Wyjątkiem były „Dzieci z Bullerbyn”, które przeczytałam chyba z piętnaście razy oraz „Przedwiośnie” (oczywiście w późniejszych latach mego istnienia), którego to wybór zawsze dziwił moich bliskich (ale to naprawdę dobra książka!). Dozą sentymentu darzę również epokę romantyzmu, ale do tego wrócę w dalszej części tekstu.

Przełomem w moim czytelniczym jestestwie było ukazanie się na rynku – nikogo to nie powinno dziwić – „Harry'ego Pottera”. Cóż to były za czasy! Szczęśliwi ci, którzy tak jak ja mieli okazję dorastać w epoce, gdzie na kolejne części sagi czekało się z wypiekami na twarzy. Obecnie chyba żadna z książkowych serii nie jest w stanie powtórzyć fenomenu, który stał się udziałem J.K. Rowling. 
Będąc jeszcze dzieckiem, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam jak powinna wyglądać literatura, która przemawia do mas. Wszystko było takie proste, przejrzyste, lekkie, a jakże przyjemne w odbiorze! Rowling do dzisiaj pozostaje dla mnie mistrzynią prowadzenia fabuły, konstruowania światów i tworzenia bohaterów z krwi i kości. Całą potterową sagę przeczytałam kilka razy i wciąż dumnie zdobi ona moją półkę. Wtedy też zrozumiałam, że w przyszłości chciałabym pisać (a pisać lubiłam od zawsze) opowieści dla młodzieży. Ale nie takie, które byłyby wierną kalką „Pottera” czy „Wiedźmina”, tylko takie, które ocierałyby się o to, co mnie w literaturze urzeka. A urzeka mnie romantyzm. Ale nie taki rodem z kobiecych erotyków o pięćdziesięciu odcieniach ludzkiej seksualności, tylko mroczny, gotycki romantyzm, przesycony demonami, upiorami i krwawymi legendami. I w tym miejscu dochodzimy do mojej pisarskiej alfy i omegi, człowieka, którego twórczość odcisnęła na mnie ogromne piętno. Na mnie, i na wielu tych, którzy byli długo przede mną. Zapytajcie choćby Stephena Kinga ;)


Edgar Allan Poe – niekwestionowany mistrz makabry i groteski, przedstawiciel XIX-wiecznego, amerykańskiego romantyzmu. W jego opowieściach odnalazłam wszystko to, czego tak zawzięcie w literaturze poszukiwałam. Tragiczne romanse, makabryczne zbrodnie, wszędobylską aurę tajemnicy i nutkę nostalgii. Czytałam praktycznie wszystkie jego prace i chociaż nie jest łatwym w odbiorze autorem, a język, którym się posługiwał do prostych nie należy, to warto poświęcić mu chwilę. Sam życiorys pisarza jest też na tyle ciekawy, że niejednokrotnie inspirował filmowców. Tutaj już odsyłam do „wujka Google” w poszukiwaniu potrzebnych informacji, z pewnością natkniecie się na różne smakowite kąski ;)

Długo zastanawiałam się nad tym, które opowiadanie Poe'go mogłabym okrzyknąć mianem mojego ulubionego i wybór padł na „Maskę Śmierci Szkarłatnej”, której pełny tekst, w tłumaczeniu Bolesława Leśmiana znaleźć możecie tutaj:


No dobrze, mamy opowieści dla młodzieży, mroczne przygody, duchy i upiory, ale co oprócz Edgara i Pottera właściwie czytam? Odpowiedź brzmi – wszystko to, co choćby w minimalnym stopniu wpasowuje się w mój gust. A czytam bardzo dużo. Lubię np. Stephena Kinga. W końcu to "król horroru", jak zwykło się mówić, ale mam z nim jednak pewien problem. Bo o ile uwielbiam jego wczesne prace („Christine”, „Smętarz dla zwierzaków”, „Carrie”, „Miasteczko Salem”, „Gra Geralda”), tak kompletnie nie przemawiają do mnie jego współczesne dzieła. Brak w nich duszy i tej atmosfery grozy, którą niegdyś tak pokochałam. Zupełnie jakby ktoś inny trzymał „pióro”, a Stephen był tylko kopalnią pomysłów i marką samą w sobie. Być może tak też jest w rzeczywistości, ale nie zgłębiałam nigdy tego tematu.

Namiętnie połykam książki przygodowe, ocierające się lekko o fantastykę, czytam też dramaty obyczajowe. Bardzo lubię twórczość Iana McEwana, którego „Pokuta” jest po dziś dzień jedną z moich ulubionych książek. Czytałam wszystkie części serii o Hannibalu Lecterze, mnóstwo thrillerów i kryminałów. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale wszystkie łączyło jedno – mroczna, pełna dziwnych zwrotów akcji fabuła. Lubię, gdy literatura mnie szokuje, gdy łamie schematy i nie boi się poruszać trudnych tematów. Nie lubię literatury stricte kobiecej, gdzie mdłe bohaterki uganiają się za równie mdłymi bohaterami, a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. 

Ostatnio przeglądając Pinteresta natknęłam się na maksymę skierowaną do pisarzy, brzmiała ona mniej więcej tak: „bądź zły dla swoich bohaterów, odbierz im wszystko, w co wierzą i co posiadają; możesz ich przez chwilę pogłaskać po głowie, a potem znów wszystko im zabierz”. Muszę przyznać, że jest w tym sporo racji. No bo przecież, gdy tylko pojawia się problem, fabuła od razu nabiera właściwych barw. Jak to w życiu :)

Na koniec chciałabym gorąco polecić Wam książeczkę, którą kiedyś dostałam w prezencie, i która idealnie wpasowuje się w mój gust. Być może już kiedyś o niej wspominałam, ale warto do niej wrócić.

„Opowieści grozy wuja Mortimera”, których autorem jest Chris Priestley to zbiór krótkich opowiadań, które połączone są ze sobą wspólną nicią fabularną. Mamy tu wielki, mroczny dom, pełen tajemnic ogród, czające się gdzieś w mroku zło i chłopca, który usiłuje rozwikłać zagadkę. Brzmi smakowicie :) Opowieści wzorowane są na pracach Poe'go, więc miłośnikom gatunku przypadną do gustu. Warto się w to małe dziełko zaopatrzyć. Może przy okazji Halloween? ;)



A Wy w jakiej literaturze gustujecie? Zachęcam do dyskusji w komentarzach na moim facebookowym fanpage'u. No i mam nadzieję, że znajdę wśród Was jakichś miłośników Edgara :)

Źródła fotografii:
www.etsy.com
Archiwum własne

piątek, lipca 19

My Artistic Asylum - Spotify



W ostatnim czasie robiłam porządki w moich playlistach na Spotify i doszłam do wniosku, że jest tam całkiem pokaźne grono utworów, którymi chciałabym się z Wami podzielić. I nie chodzi tu wcale o jakieś wielkie hity szturmujące stacje radiowe, ale raczej o kompozycje stanowiące chilloutową mieszankę indie popu, alternatywy i wszystkiego tego, co mnie w muzyce urzeka od dłuższego czasu.

Playlista składa się aktualnie z 46 utworów i sukcesywnie będzie przeze mnie uzupełniana. Znaleźć tu możecie pozycje mniej i bardziej znane, głównie te, które zostały mi zarekomendowane przez Spotify. 

Utwory te uważam za absolutnie wyjątkowe i na przestrzeni ostatnich kilku lat towarzyszyły mi w wielu ważnych dla mnie okolicznościach.

Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie i zachęcę Was do własnych, muzycznych poszukiwań ;)






piątek, lipca 12

Stranger Things 3 - Hit czy kit?



Jakiś czas temu na moim blogu pojawił się wpis, w którym zadałam sobie i Wam zasadnicze pytanie – dlaczego w ogóle warto obejrzeć serial Stranger Things? Był to najczęściej czytany post w historii mojego bloga i ciężko się temu dziwić, bo ten hitowy serial Netflixa wzbudza obecnie nie mniejsze emocje niż swojego czasu Gra o tron (na której zakończenie spuszczę zasłonę chłodnego, pełnego urazy milczenia), w końcu czekaliśmy aż dwa lata, by poznać kontynuację losów dzieciaków z Hawkins. Czy warto było? A może raczej czujecie się zawiedzeni tym, co przygotowali twórcy serialu? Tych, którzy jeszcze nowego sezonu nie widzieli mogę uspokoić – jest dobrze (chociaż lepiej nie czytajcie dalej, bo tekst zawiera spoilery). Scenariusz nie został napisany na kolanie, jak w przypadku hitu HBO, widać, że autorzy mają pewien zamysł w tworzeniu całej tej historii i konsekwentnie go realizują. Przy tym wszystkim nie udało im się ustrzec jednak przed pewnymi błędami, ale o tym w dalszej części tekstu.

Co dostajemy tym razem?

Lato roku 1985. Czas beztroski i zabawy. W Hawkins powstaje centrum handlowe, które urzeka mieszkańców feerią barw i korowodem rozrywkowych przyjemności, a tymczasem władze miasteczka szykują się do hucznych obchodów Święta Niepodległości. W międzyczasie nasi bohaterowie przeżywają pierwsze miłosne uniesienia i poznają, czym jest wchodzenie w wiek młodzieńczy. W tym samym momencie, gdy sfrustrowany Hopper usiłuje przegnać ze swojego domu pobudzonego przez hormony Mike'a, w podziemiach Hawkins złowrodzy Rosjanie próbują otworzyć przejście, które z sukcesem w drugim sezonie zamknęła Jedenastka. Oczywiście, jak to w tego typu historiach bywa, coś musi pójść nie tak i eksperyment wymyka się spod kontroli. Do naszego świata przedostaje się złowroga siła, która zaczyna budować własną krwiożerczą armię, a ulubieńcy widzów Dustin i Steve (zdecydowanie i mój ulubiony duet!) wpadają na trop rosyjskiego wroga. No i nie możemy oczywiście zapomnieć o zepsutych magnesach, które uaktywniają w Joyce, matce Willa, tryb Indiany Jones'a, i gdy wyrusza ona wraz z Hopperem na poszukiwanie zaginionego pola magnetycznego, wiemy już, że wynikną z tego nie lada kłopoty.



Dlaczego jest tak fajnie?

Sezon trzeci, podobnie jak dwa poprzednie dosłownie się pożera. Obejrzysz jeden odcinek i chcesz więcej. Mało jest tak dobrze napisanych seriali. Jest to zasługa zgrabnie skonstruowanego scenariusza, który pomimo, że opowiada po raz trzeci podobną historię (jest to jeden z zarzutów, jaki serialowi stawiają recenzenci), robi to w nienachalny, przyjemny sposób, a sam serial raz jeszcze staje się tym, czego się od niego oczekuje – niczym niezmąconą, popkulturową rozrywką.
Znów mamy lata osiemdziesiąte, znów możemy zasmakować tego, co stało się udziałem naszych rodziców, podejrzeć panujące w owym czasie trendy i choć na chwilę przenieść się w czasie. Nawiązań do popularnych w tamtym okresie filmów i produkcji jest ogrom. Mamy tu uśmiech w stronę fanów Powrotu do przyszłości, ewidentne nawiązanie do Terminatora i wielu innych kultowych tytułów. Może uda Wam się wyłapać wszystkie? :)

Podczas seansu zastanawiałam się niejednokrotnie dlaczego ten właśnie serial, spośród wszystkich, które produkuje Netflix zyskał aż tak wielki rozgłos i stale rosnącą popularność. Przecież odtwarza on właściwie wszystko to, co w kinie się już widziało. Być może z pomocą przyjdzie tutaj słynne stwierdzenie, że ludziom zwykle najbardziej podoba się to, co wcześniej już widzieli/słyszeli/czytali. Jeżeli dodać do tego swoistą magię, jaką cechuje się Stranger Things, uzyskamy solidnie ubitego, odgrzanego kotleta w pysznej, chrupiącej panierce.

W czasie oglądania bawiłam się znakomicie. Cieszy mnie fakt, że premiera trzeciego sezonu wypadła akurat w sezonie wakacyjnym, bo już na zawsze letnie Hawkins kojarzyć mi się będzie z chłodnymi wieczorami, które spędziłam w drewnianej chatce, z laptopem na kolanach, chłonąc zachłannie kolejne odcinki. I choć fabuła jest przewidywalna, momentami aż do bólu, to kogo to właściwie obchodzi? Dostałam to, na co liczyłam: dobrą, wciągającą historię, która trzyma poziom do samego końca. Ale żeby nie było, że wypowiadam się o serialu w samych superlatywach, zmuszona jestem trochę też ponarzekać.

Magia? Tutaj to nawet Harry Potter nie pomoże.

Bohaterowie dorastają. Próżno szukać w nich tej słodyczy, którą prezentowali nam w pierwszym sezonie. Taka kolej rzeczy niestety. Czas leci, dzieciaki zamieniają się w bandę nabuzowanych nastolatków, co wpływa na ich wzajemne relacje. Nastoletni romans Mike'a i Nastki irytuje. Jeden z moich ulubionych bohaterów nagle zamienia się w pyskatego podrostka, któremu zdaje się, że jest w stanie zawojować cały świat. Bardzo lubię Finna Wolfharda, uważam że to aktor z dużym potencjałem i dziwną, ale przyjemną dla oka charyzmą, jednak jego bohater przez cały sezon nie robi praktycznie nic. Podobnie rzecz ma się z innymi postaciami. Will, którego obecność ogranicza się do drapania po karku, Lucas, który jak dla mnie zawsze był najsłabiej napisaną postacią, Max, która irytuje swoimi niezbyt trafionymi uwagami i stara się uchodzić za ekspertkę od relacji damsko-męskich. Prawo wieku, powiecie. Owszem, ale te zabiegi fabularne zabijają magię tego serialu, której niestety zostało już bardzo mało. Nawet zagrożenie, z jakim zmagają się bohaterowie nie budzi już takiego przyjemnego dreszczyku emocji, jak choćby słynna scena z drugiego sezonu podczas której Will widzi na horyzoncie mroczną sylwetkę Łupieżcy Umysłów. Potwór, którego poznajemy w trzeciej odsłonie serialu budzi raczej obrzydzenie niż strach.

No i są wreszcie ci nieszczęśni Rosjanie. Największa bolączka tego sezonu. Dlaczego na litość Boską, Amerykanie tak się uczepili tych Rosjan? „Nie mamy pomysłu na czarny charakter? Niech to będą Rosjanie, oni zawsze robią odpowiednie wrażenie!”. Ja wiem, że Zimna wojna, że napięcie we wzajemnych stosunkach i inne super ważne rzeczy, ale bądźmy szczerzy, to jest serial czysto rozrywkowy. Dlaczego to zawsze muszą być Rosjanie, a nie dla odmiany na przykład Szwedzi? (btw nie mam nic do Szwedów).

Choć ekipa Mike'a, Willa, Lucasa, Max i Jedenastki zawodzi nieco w tym sezonie, to dostajemy jednak dla odmiany coś zupełnie innego. Twórcy zrobili bardzo dobry manewr oddzielając Dustina od starej ekipy i łącząc go ze Stevem i nową bohaterką, Robin. Stworzyli w ten sposób niezwykle ciekawe trio, którego perypetie ogląda się z uśmiechem głębokiego zadowolenia na twarzy. To właśnie przygody tej trójki, szpiegującej mrocznych Rosjan ogląda się w tym sezonie najprzyjemniej i choćby za to scenarzystom należą się ogromne słowa uznania.

Kilka słów podsumowania?

Fani starego, dobrego Stranger Things powinni być usatysfakcjonowani. Ponarzekacie sobie trochę na drobne mankamenty, których nie ustrzegł się ten sezon, ale w ogólnym rozrachunku będziecie zadowoleni i zacierać będziecie łapki na wieść o zapowiedzianej kontynuacji, która ma mieć premierę podobno w 2020 roku.
Gorycz rozstania z Waszym ulubionym serialem może nieco osłodzić fakt, że na Spotify jest już dostępna pełna ścieżka dźwiękowa trzeciego sezonu, która jak zwykle prezentuje wysoki poziom.

Nie zastanawiać się więc, oglądać!

piątek, czerwca 21

Wielka muzyczna trójka, która zmieniła moje życie


Jeżeli podobnie jak ja jesteście fanami muzyki, to z pewnością w Waszym życiu są obecne osoby, od których zaczęła się Wasza przygoda z tą piękną dziedziną sztuki, bądź też takie, które sprowadziły Wasze muzyczne gusta na właściwe tory. Ci wielcy ludzie, których śmiało możecie określić mianem idoli.

Muzyka towarzyszyła mi od dziecka. Właściwie nie pamiętam kto był moim pierwszym prawdziwym autorytetem (zapewne był to ktoś, kto pojawiał się w programach dla najmłodszych), za to doskonale pamiętam te momenty, gdy z rozdziawioną dziecięcą buzią zastygałam w bezruchu przed radioodbiornikiem i z zapartym tchem wsłuchiwałam się w płynące z niego melodie. Miałam też to szczęście, że mój ojciec od najmłodszych lat fundował mi klasykę rocka w postaci Queena, Europe, Lady Pank, Budki Suflera i mnóstwa innych wspaniałych, kultowych już dzisiaj wykonawców.

Potem nadeszła era cudownych lat 90-tych i epoka popowych gwiazdek lansowanych przez magazyny „Bravo”, „Popcorn” etc. etc. Tak więc ściany mojego pokoju zdobiły plakaty Spice Girls, The Kelly Family, Backstreet Boys, a w późniejszym czasie Britney Spears i jej koleżanek.

Muzyczną świadomość zyskałam dopiero jako nastolatka, gdy dowiedziałam się o istnieniu amerykańskich pop punkowych zespołów, z których zwłaszcza jeden wywrócił moje życie do góry nogami, a jego lider stał się najważniejszą osobą w moim muzycznym życiu.


Billie Joe Armstrong (Green Day)


Być może zabrzmi to naiwnie, ale święcie wierzę w to, że są w naszym życiu takie zdarzenia i sploty okoliczności, które z jakiegoś powodu wydarzyć się muszą i wszystkie drogi, którymi podążamy wiodą nas właśnie ku tym przełomowym momentom.

Jak inaczej nazwać chwilę, w której zagubiona nastolatka, poszukująca własnej tożsamości nagle trafia na zespół, którego twórczość zdaje się być żywcem wyjęta z jej życiorysu?
Jeżeli doświadczyliście kiedyś takiego stanu, że podczas zgłębiania utworu uderzyło Was jak bardzo dany artysta siedzi Wam w głowie i słuchacie właściwie o sobie, to wiecie o czym mówię.
Doświadczyłam tego tylko jeden jedyny raz, w chwili słuchania płyty „American Idiot”. Ten krążek pomógł mi zrozumieć kim jestem i pozwolił w pełni zaakceptować siebie jako jednostkę.
I choć z perspektywy czasu uważam Green Day za zespół bardzo powtarzalny i wtórny, ze średnim wokalnie liderem, to na zawsze pozostaną dla mnie muzycznym numerem jeden.

Gdyby nie Billie Joe Armstrong nigdy nie zdecydowałabym się na diametralną zmianę w swoim życiu. Gdyby nie Billie Joe Armstrong nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem obecnie, a Wy nie czytalibyście tych słów, bo pewnie byłabym zajęta czym innym, wiodłabym nudne, nieszczęśliwe życie, pozbawione pasji.

To live and not to breathe is to die in tragedy

Od Green Day'a była już krótka droga do innych podobnych zespołów. Przerobiłam więc fascynację Good Charlotte, Simple Plan, My Chemical Romance, The Used, Muse itp. A stamtąd blisko do alternatywy i mnóstwa innej, dobrej muzyki.

W chwili, gdy piszę te słowa, jestem szczęśliwą posiadaczką całej dyskografii Green Day, a sam zespół udało mi się zobaczyć na żywo dwukrotnie (Łódź – 2013 r. i Kraków – 2017 r.), a nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Szczytem moich marzeń byłoby spotkanie face to face z BJ-em i podziękowanie mu za to, że zawsze był obecny w przełomowych dla mnie chwilach.




Freddie Mercury (Queen)


Ostatnio usłyszałam od jednej małej, sympatycznej dziewczynki, że jej koleżanka rysuje w szkolnych zeszytach podobizny Freddiego Mercury'ego. Moje serce pękło z dumy, pokiwałam tylko z uznaniem głową i zduszonym z zachwytu głosem rzuciłam krótkie: „To dobrze”.

W mojej karierze nałogowego słuchacza przerobiłam tysiące wykonawców, ale nikt, absolutnie nikt z nich nie jest w stanie dorównać wokalnie Freddiemu. Jestem niesamowicie dumna i wdzięczna za to, że urodziłam się w epoce, w której żył i tworzył ten fenomenalny artysta.

Jak wyżej pisałam, z twórczością Queena miałam styczność od najmłodszych lat, stąd też wzięła się moja ogromna miłość do muzyki rockowej i bardzo się cieszę, że zespół ten pozostaje wciąż żywy w pamięci ludzi. Nie popieram, co prawda postawy Briana May'a, który odcina kupony od dawnej sławy i regularnie koncertuje wraz z Adamem Lambertem, no ale ok, jeżeli jest to jedna z form przybliżania ludziom dorobku kapeli to jakoś muszę nauczyć się z tym żyć.




Chris Corner (IAMX)

Największą fascynację zespołem IAMX przerobiłam w 2011 roku, kiedy to na rynek trafił album „Volatile Times”. Ruszyłam nawet wówczas w mini trasę koncertową i udało mi się zobaczyć Chrisa wraz z ekipą w krakowskim klubie „Kwadrat”. Na kolejnych koncertach nie byłam już obecna, mimo iż artysta ten regularnie pojawia się w naszym kraju i ma tutaj oddane grono wielbicieli.

Chris Corner przeszedł przez moje życie niczym niszczycielski huragan, spowodował liczne, acz pozytywne zmiany (przyczynił się między innymi do powstania mojej pracy magisterskiej oraz zainspirował mnie do napisania pierwszej, prawdziwej powieści), po czym podkulił ogon i subtelnie się wycofał, zostawiając w moich rękach owoce swojej pracy.

Nie wiem, co właściwie spowodowało stopniowe wypalenie mojego uczucia. Być może oboje dojrzeliśmy. Ja się zmieniłam, obecnie mam nieco inne potrzeby muzyczne niż jeszcze parę lat temu, a aktualna twórczość IAMX jest dla mnie zbyt trudna do udźwignięcia. Związane jest to z kondycją psychiczną i emocjonalną, w jakiej znajduje się/znajdował się Chris w ostatnim czasie i ta gęsta od mroku i wszędobylskiej psychozy atmosfera okazała się dla mnie zbyt przytłaczająca. Próżno w jego najnowszych produkcjach szukać tego cyrkowego wdzięku, którym niegdyś tak mnie zachwycił.





Fotografie pochodzą ze stron:
wallpapercave.com
bwallpapersepic.blogspot.com
opinie.wp.pl
tekstowo.pl

piątek, czerwca 14

Moje ulubione covery



Mówi się, że są takie utwory, których nie powinny wykonywać osoby trzecie. Czy to przez wzgląd na szacunek do danego artysty, czy też z uwagi na ich skomplikowaną budowę i brak umiejętności śpiewającego. Dla mnie każde podejście do twórczości np. Freddiego Mercury'ego zakrawa o świętokradztwo i najchętniej wybiłabym muzykom z głowy jakiekolwiek próby mierzenia się z legendą. Jest to z mojej strony tym samym lekka hipokryzja, gdyż sama jeszcze niedawno podczas lekcji wokalu trenowałam głos właśnie na utworach Queena. Frajdę z tego miałam nieziemską, ale mimo wszystko czułam się niegodna takiego zaszczytu.

Poniżej przedstawiam Wam garść utworów, które w mojej opinii zasługują na miano całkiem udanych coverów i często do nich wracam.

Ryan Adams - Wonderwall (oryg. Oasis)

Oasis to jeden z moich ulubionych zespołów. Ta legendarna, brytyjska kapela święciła triumfy na listach przebojów w latach 90-tych i na stałe zapisała się w  historii muzyki popularnej. Moje serce pękło na kawałeczki, gdy bracia Gallagher ogłosili separację i zakończenie wspólnej pracy.
No heloł, to w końcu Oasis! Oni wiecznie się kłócą, ale potem zawsze i tak wydają nową płytę. 
Nie tym razem. Koniec Oasis stał się tragicznym faktem, a nam, fanom pozostały jedynie wspomnienia.
Poniżej piękna, bardzo stonowana interpretacja kultowego już "Wonderwall" w wykonaniu Ryana Adamsa (nie mylić z Bryanem).



Placebo - Running up that hill (oryg. Kate Bush)

Jest to jeden z nielicznych przypadków, gdzie cover przebija pod każdym względem oryginał. Aranżacja Briana Molko wzbogaciła całą kompozycję o  niesamowicie mroczny, duszny klimat, dzięki czemu zyskała ona nowe oblicze, a mnie w końcu na dobre rozkochała w twórczości tego zespołu. W tej wersji "Running up that hill" przypomina odgłos rozbijającego się po klatce piersiowej, niespokojnego serca. Brzmi to banalnie, ale sami się wsłuchajcie.



Calum Scott - Dancing on my own (oryg. Robyn)

Ileż to ja słyszałam różnych wersji tego utworu! Jedne lepsze, drugie gorsze, a oryginał swoją drogą bardzo lubię, gdyż pachnie mi słodkimi latami osiemdziesiątymi. Calum Scott postawił jednak na sentymentalizm i udało mu się stworzyć romantyczną balladę, która zyskała w serwisie YouTube więcej wyświetleń niż pierwowzór. Isn't it ironic?



Disturbed – Sound of silence (oryg. Simon and Garfunkel)

Któż nie zna tego utworu? Legendarna piosenka, którą (co zrozumiałe) często usłyszeć można na pogrzebach. Jest tu wszystko czego żałobnikom potrzeba - łzawa melodia, poruszający tekst i skromna, acz niezwykle piękna linia melodyczna. Disturbed poszli o krok dalej i przerobili tego klasyka na własną modłę i tak oto powstała przecudnej urody rockowa ballada, którą większość z Was zapewne już kojarzy. A jeśli nie, to koniecznie musicie nadrobić zaległości.



Dawid Podsiadło - With or without you (oryg. U2)

Kocham U2 i kocham Dawida Podsiadło. Deklaracja ta padła z moich ust już w 2012, kiedy w szmirowatym tvn-owskim "X Factorze" ujrzałam skromnego chłopaka z burzą ciemnych loków, który w pierwszym finałowym odcinku zaśpiewał ten właśnie utwór. Trudny był to wyczyn, bo Bono jest dla mnie jednym z tych artystów, których raczej się nie coveruje. Dawidowi się to udało. Rozkochał mnie w sobie tą interpretacją i od tamtej pory pozostałam mu wierna, i choć w ostatnich latach wkroczył na drogę komercji, to jest to dla mnie (przynajmniej na dzień dzisiejszy) komercja w pełni akceptowalna.
Jak to ktoś określił - ten cover to petarda.



Fot. pixabay.com

wtorek, czerwca 11

10 aktorskich ulubieńców



Pracując nad niniejszym postem uzmysłowiłam sobie, że pomimo, iż jest to zwykła, mało skomplikowana wyliczanka, to niezwykle trudno jest mi wybrać tych „dziesięciu wspaniałych” spośród całego grona aktorów, których kocham, lubię, szanuję. Za główne kryterium posłużyła mi tutaj moja osobista sympatia, nie mająca nic wspólnego z zakresem umiejętności danej osoby, więc zrozumiem jeśli część z Was się ze mną nie zgodzi.

1. Tom Hanks – człowiek, którego wielbię od zawsze. Za jego kreacje aktorskie, za poczucie humoru, za to, że mogłam dać mojemu futrzatemu przyjacielowi na imię Forrest. Moja aktorska alfa i omega. Są zdolniejsi od niego, ale żaden nie wzbudza u mnie takiej sympatii jak Tom. "Forresta Gumpa" oglądałam chyba z tysiąc razy i za każdym razem, gdy pojawiają się napisy końcowe to czuję niedosyt. W ostatnim czasie trochę mniej widać go na ekranie, ale nie zmienia to faktu, że jest jednym z najważniejszych aktorów w historii współczesnego kina.


2. Rober De Niro – legenda kina, najwspanialszy taksówkarz, jaki prowadził mnie przez mroczne zakątki Nowego Jorku, człowiek kameleon i niekwestionowany ulubieniec moich rodziców ;) Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek się na nim zawiodła. Nazwisko De Niro, pojawiające się w rozpisce obsady zazwyczaj gwarantuje, że czas poświęcony na obejrzenie filmu, nie będzie czasem straconym.


3. Al Pacino – kolejna holywoodzka ikona, która powinna otrzymać co najmniej połowę z tych nagród, które bezmyślnie porozdawano na prawo i lewo. Charyzmy i stylu można mu tylko pozazdrościć. Zachwyca w każdej roli, obojętnie czy wciela się w postać groźnego mafiosa, czy sympatycznego, starszego pana, talentem przyćmiewa największe współczesne gwiazdki.


4. Robin Williams – kochałam tego wielkiego aktora od dziecka, a jego nieoczekiwane i przedwczesne odejście zabolało jak strata najbliższego przyjaciela. Po dziś dzień obejrzenie filmu z jego udziałem sprawia mi ból. Pozostaniesz na zawsze w moim sercu „Kapitanie” <3

5. Adam Driver – część fanów Star Wars z pewnością nie darzy go sympatią z uwagi na rolę Kylo Rena. Ja wręcz przeciwnie. Zakochałam się w jego nietuzinkowym wyglądzie, w sposobie, w jaki prowadzi odgrywane przez siebie postaci, no i oczywiście absolutnie uwielbiam go za rolę w „Dziewczynach”. Driver to mój największy aktorski „krasz” od wielu lat. Gratuluję mu również tegorocznej nominacji do Oscara.

6. Benedict Cumberbatch – a skoro o „kraszach” mowa... ;) Która z Was nie podkochiwała się w Sherlocku? Że tak tylko wspomnę ten jego płaszcz i głęboki głos... A jaki to na dodatek zdolny aktor! ;) Niezmiernie cieszy mnie, że w ostatnich latach zdobył tak wielką rozpoznawalność, bo zdecydowanie na to zasługuje.


7. Kyle Maclachlan – klasyczne „Twin Peaks” zaliczam do grona moich ulubionych seriali. I choć o nowym sezonie wolałabym zapomnieć, to fanką agenta FBI Dale'a Coopera pozostanę już na zawsze. Dziwnym trafem, ilekroć pojawiał się na ekranie, zawsze nachodziła mnie ochota na wypicie filiżanki małej czarnej ;)


8. Jennifer Connelly – mało jest kobiet w moim zestawieniu, bo też rzadko kiedy kobiece role do mnie przemawiają. Aktorka ta mam wrażenie została w ostatnim czasie nieco zapomniana przez Hollywood, ale wciąż pamiętamy ją z ról w takich filmach jak „Piękny umysł”, czy „Requiem dla snu”. Elegancka, eteryczna i nietuzinkowa.


9. Vivien Leigh – dla mnie ikona kina. Oczywiście wszystkim doskonale znana z kultowego „Przeminęło z wiatrem”, najpiękniejsza moim zdaniem aktorka dawnego Hollywood. Pamiętam, że już jako dziecko z otwartą buzią podziwiałam jej charakterystyczną urodę, styl, szyk...a ściany mojego pokoju po dziś dzień zdobią jej dwie fotografie.


10. Keanu Reeves – w tym miejscu mogłabym wpisać dosłownie każdego, ale z racji tego, że niedawno uczestniczyłam w premierze "Johna Wicka 3", to postanowiłam wpisać właśnie Keanu :) Nie jest wybitnym aktorem i nigdy nim nie był, ale ilekroć widzę go na ekranie, to na mojej twarzy pojawia się uśmiech głębokiego zadowolenia. I już samo to wystarczy, by trafił na listę moich ulubieńców. Wspomnieć należy również o tym, że Keanu to wyjątkowa postać w aktorskim światku. Ze świecą szukać drugiego tak skromnego człowieka.




Wykorzystane fotografie pochodzą ze stron:
https://www.indiependent.co.uk/
https://cdn.pastemagazine.com
https://carmensgroup.com
https://s.tvp.pl/
https://twt-thumbs.washtimes.com
https://cdn1.thr.com
https://cdn.vox-cdn.com
https://images.amcnetworks.com
https://www.rollingstone.com