niedziela, listopada 10

Dlaczego uwielbiam czarne charaktery?



Pomysł na tę krótką, filozoficzną wypowiedź narodził się w mojej głowie, gdy podróżując, jak co dzień, elitarnym środkiem komunikacji miejskiej w postaci autobusu MZK, i znużona otaczającym mnie porannym zgiełkiem, poddałam się książkowym rozmyślaniom. Jednocześnie mój wzrok, niemalże bezwiednie przeczesywał przesuwającą się za oknami okolicę, a moje spojrzenie na ułamek sekundy padło na spowite jesienną mgłą samotne drzewo. No tak, drzewo jakich wiele, pomyślicie. Na tym drzewie siedział jednak ptak. Faktycznie, niecodzienne zjawisko! Jakby na drzewach nigdy nie siadały ptaki... Był czarny, piękny, lśniący, dostojny w swej ciemnej elegancji. Chyba gawron. Znam się trochę na ornitologii. Takie tam pokłosie moich dziecięcych zainteresowań...

Ów gawron jednak zmusił mój rozespany jeszcze umysł do cofnięcia się wstecz i obiektywnego spojrzenia na moją wcześniejszą twórczość. Dlaczego nigdy nie byłam normalna i nie bawiłam się jak inne dziewczynki w tzw. dom? Dlaczego zamiast tego wolałam wymyślać historie, gdzie nic nigdy nie było łatwe, a bohaterowie moich dziecięcych opowiadań rzucani byli w ciemną otchłań skomplikowanych relacji, z której nie było już powrotu? Brzmi to górnolotnie, bo taki tryb włączył mi się podczas pisania tegoż posta, jednak z mojej dziecięcej perspektywy wyglądało to mniej więcej tak: mam kilku dobrych bohaterów, wszyscy są tacy nudni, tacy przewidywalni, zróbmy coś szalonego! Jeden z nich przechodzi na ciemną stronę i wtedy zaczyna się akcja! Wszyscy giną, na końcu ginie mój czarny charakter, ale zabawa trzeba przyznać była przednia. Tak, teraz jest ten moment, w którym wszystkie miłośniczki/miłośnicy smętnych powieści obyczajowych mogą popukać się w czoło, pokręcić z niedowierzaniem głową i zadać sobie pytanie: „Co z nią jest nie tak?”.

A moja odpowiedź na to pytanie od lat pozostaje taka sama: Nie znoszę nudy.
Łaknę tego, co oryginalne, tego co w jakiś sposób się wyróżnia, tego, co burzy spokój umysłu i przyspiesza bicie serca. Zanim jednak posądzicie mnie o prowadzenie rozrywkowego, ekstrawaganckiego stylu życia i zarzucicie fascynację złem, uprzedzę, że nie ma nudniejszego człowieka ode mnie, z tak sztywnym kręgosłupem moralnym, niejednokrotnie utrudniającym życie, że chętnie wymieniłabym go na coś innego, a sama rzuciła się w wir szalonych imprez.
Moralna świadomość idzie jednak u mnie w parze z liberalnym umysłem, który w chwilach pisarskiej weny pozwala mi przekraczać granice, w codziennym życiu dla mnie nieprzekraczalne.

Uwielbiam czarne charaktery. W książkach, filmach, serialach.
Nic tak nie pobudza wyobraźni i fabuły jak soczysty, świetnie skonstruowany czarny charakter.
I nie mówię tu o postaciach wzbudzających skrajne emocje i odrazę. Bo przykłady takich można by mnożyć. Mam na myśli fascynujących bohaterów, których nie jesteśmy w stanie nienawidzić, mimo wątpliwych moralnie czynów, jakich się dopuścili.

Jakie cechy musi posiadać więc taki charakter, żeby moje serduszko było w stanie go pokochać?

Pozwolę sobie wymienić kilka:

1. Tragiczna przeszłość – od pewnego czasu interesuję się psychologią i nie raz zastanawiałam się co wpływa na to, że człowiek w danych okolicznościach staje się taki, a nie inny? Jaka jest geneza zła? Co kieruje bohaterem? Dlaczego wybrał ścieżkę nienawiści? Czyny postaci muszą mieć solidny fundament w postaci odpowiednio rozpisanej historii.

2. Wewnętrzny konflikt – klasyczna walka dobra ze złem. Nic tak nie działa na mnie jak rozdarty wewnętrznie bohater, usiłujący zapanować nad swoimi słabościami, a jednocześnie nie będący w stanie się ich pozbyć. Przykładem takiego bohatera jest dla mnie chociażby Kylo Ren, którego część fanów Star Wars nienawidzi, a ja wprost uwielbiam. Gniewny, nieobliczalny, a przy tym wszystkim tak niesamowicie słaby i bezbronny. Samotny. Jak ten gawron na spowitym jesienną mgłą drzewie :P ;D

3. Inteligencja i charyzma – jedno z drugim silnie dla mnie powiązane. Intelekt idący w parze z niezaprzeczalnym urokiem osobistym. Na myśl przychodzi mi tu Loki i szerlokowy Moriarty ;)

4. Nieszczęśliwa miłość – czarny charakter i jakiekolwiek głębsze uczucia? To przecież niemożliwe! A co jeśli główny złoczyńca mimowolnie odda serce dobrotliwej dziewczynie? Czyż jego wewnętrzny konflikt i rozdarcie nie są fascynujące? Która z nas, drogie Panie, nie zechciałaby uratować przed samozniszczeniem jakiegoś księcia ciemności? ;) To przecież romantyzm w najczystszej postaci!

Na kartach mojej powieści, której premiera wkrótce, pisałam niejednokrotnie, że zło od zarania dziejów fascynuje, kusi i mami. Moja główna bohaterka będzie miała okazję się o tym przekonać na własnej skórze. I choć stworzyłam opowieść skierowaną głównie do młodzieży, to największą frajdę sprawiło mi pisanie tych właśnie fragmentów, w których mogłam pobawić się tym, co nieodgadnione, tajemnicze, a momentami także złe i okrutne. A moi ulubieni bohaterowie to oczywiście ci, o których nawet ja sama, jako twórca nie wiem praktycznie nic ;)


Źródło fot. Pinterest

piątek, października 25

Sposoby na brak weny – skąd czerpać inspirację?




W poprzednim poście podzieliłam się z Wami garścią informacji na temat tego jak właściwie przebiega u mnie proces twórczy. Nadmieniłam, że poza tym, iż często cierpię na brak motywacji, który uniemożliwia mi stworzenie czegokolwiek, to są u mnie chwile, kiedy to zapisuję stronę za stroną, kompletnie nie zważając na to, co piszę i jak piszę. Gdy w mojej głowie pojawi się pomysł na zbudowanie konkretnej sceny, staram się go jak najszybciej wcielić w życie. Oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe, gdyż nie zawsze mam możliwość zapisania swoich myśli. Najczęściej tworzę w swojej głowie konkretny obraz, obudowuję go potencjalnymi dialogami, a w późniejszym czasie przenoszę wszystko na tak zwany „papier”.

Jakie są jednak moje metody na delikatne zepchnięcie mojej wyobraźni na właściwe tory? Nic nie robię na siłę, poniższe metody sprawdzają się u mnie tylko i wyłącznie wtedy, gdy pozwalam myślom swobodnie płynąć, bez spinania się, że koniecznie dziś muszę wymyślić genialną scenę, która tak ukształtuje moją fabułę, że za kilka lat dostanę za nią Nobla.

Najczęściej inspiruje mnie po prostu codzienność i to, co mnie spotyka. Pomijając fakt, że moje życie jest nudne jak średniej jakości film przyrodniczy, to jednak codzienność, której staję się uczestnikiem, a jednocześnie uważnym obserwatorem od lat stanowi dla mnie główny bodziec do pisania. Obserwacja rzeczywistości jest tym, co pozwala mi na kreowanie światów i tworzenie bohaterów. Ale nie myślcie o mnie jako o kimś, kto poświęca całe dnie i godziny na śledzenie zachowania innych ludzi, stalkerka ze mnie marna ;) Taki już jednak mój urok, że mimowolnie zwracam uwagę na to, co w jakiś sposób wyróżnia się z tłumu. Czasem minie mnie na ulicy osoba, która samym swoim strojem, zachowaniem, zwyczajnym gestem zwróci moją uwagę i uruchomi w moim skołtunionym umyśle lawinę skojarzeń i pomysłów. A stąd już bliska droga do narodzin czegoś fantastycznego. Obserwujcie więc swoje otoczenie, nie bądźcie bierni. Czerpcie garściami z tego, co Was otacza, bo wena może czaić się tuż za rogiem ;)

Konstruktywne rozmowy, nasycone abstrakcyjnym żartem są moją kolejną metodą na pobudzenie wyobraźni. Dzieje się to właściwie samoistnie. Wystarczy godny rozmowy partner, który pociągnie ze mną temat i razem jesteśmy w stanie wymyślić coś interesującego.
Przykład: wybierz się z taką osobą na kawę i spróbujcie razem wymyślić scenariusz serialu kryminalnego ;) Zacznijcie od zbrodni, porozmawiajcie o bohaterach, o ich motywacjach, celach, pragnieniach, a sam potem zobaczysz, jak wiele z tych elementów może Ci się przydać. Może stworzysz w ten sposób bazę pod świetne opowiadanie? Albo zostaniesz drugim Remigiuszem Mrozem i zasypiesz rynek lawiną książek? ;)

I wreszcie najważniejsza dla mnie rzecz, o której pisałam już tyle razy, że staję się nudna i przewidywalna – muzyka. Podobno, gdy byłam dzieckiem rodzice nie pozwalali mi oglądać niektórych bajek, bo gdy tylko w tle pojawiała się nostalgiczna, nastrojowa muzyka, ni z tego ni z owego zalewałam się łzami. Cóż, lekarze uspokoili ich jednak, tłumacząc to moją wyjątkową wrażliwością na dźwięki i raczej nie miało to nic wspólnego z tym, że bajka była nudna i okropna ;) Dzisiaj działa to bardzo podobnie. Oczywiście życie zdążyło nieco znieczulić moją wrażliwość, ale muzyka wciąż działa na mnie stymulująco. Moje ulubione zajęcie, gdy nikt nie widzi? Zakładam na uszy słuchawki i potrafię godzinami oglądać teledyski na YouTubie ;) Bardzo często ładne obrazki, w połączeniu ze świetną muzyką pozwalają mi ruszyć dalej z fabułą. Zdradzę Wam, że moja książka, nad którą tak długo pracowałam nigdy by nie powstała, gdyby nie odpowiednie zaplecze muzyczne. HIM, Nightwish, Within Temptation, AFI... Musiałam się odpowiednio nastroić, by niektóre sceny mogły w ogóle powstać ;) A Chris Corner z IAMX stał się inspiracją do stworzenia jednego z moich głównych bohaterów ;)

Nie bójcie się też otworzyć na to, co Was spotyka. Nawet niektóre przykre doświadczenia mogą z czasem zamienić się w coś inspirującego, musicie tylko wiedzieć, w jaki sposób je później wykorzystać. Zwykło się mówić, że najlepsza sztuka rodzi się w bólach, a ja nie znam lepszego sposobu na oczyszczenie duszy i umysłu od wyartykułowania tego, co gnieździ się w naszym wnętrzu. Płaczcie więc, krzyczcie ile chcecie, ale piszcie takie rzeczy, z których później będziecie dumni ;) Gdybym umiała, pisałabym piosenki, ale jako, że poza znośnym wokalem nie posiadam żadnych dodatkowych muzycznych umiejętności, robię to, co w życiu wychodzi mi chyba najlepiej. Wymyślam historie ;)


Źródło fot: www.jupa-la.com

piątek, października 4

Jak wygląda mój proces twórczy?



A więc stało się. Wpadł Ci do głowy genialny pomysł, posklejałeś fabułę, oczyma wyobraźni naszkicowałeś bohaterów i myślisz, że wrota sławy i bogactwa stoją przed Tobą otworem. Wydasz książkę, po Twój autograf będą ustawiały się kolejki, co najmniej takie jak do samej J.K. Rowling, no i oczywiście Twoją książkę sfilmują, a Netflix zrobi na jej podstawie serial.

Zaczęło się niewinnie – od samego pomysłu. Pamiętaj jednak, że prawie wszystko, co sobie ułożyłeś w głowie ktoś inny wcześniej już wymyślił. W innych kombinacjach, owszem, ale ktoś był już przed tobą. I zawsze tak będzie. Bazujemy bowiem na utartych, zaszczepionych gdzieś w nas schematach i przerabiamy je na własną modłę, siląc się na oryginalność.

Nie uważam się za pisarkę. To, że napisałam w życiu jedną książkę i czekam na jej wydanie nie czyni mnie pisarką. Wolę nazywać siebie miłośniczką słowa. Uwielbiam stan, kiedy litery dosłownie przeciekają mi przez palce, a klawiatura płonie niczym brazylijski las tropikalny. Miewam jednak dni, kiedy za nic w świecie nie jestem w stanie zmusić się do napisania czegokolwiek. W mojej głowie myśli buzują nieustannie, umysł nawet w stanie spoczynku przeczesuje okolicę w poszukiwaniu inspiracji, jednak słowa nie chcą układać się w sensowne zdania. Co wtedy robię? Naczytałam się wielu poradników mówiących: pisz codziennie! Choćby nie wiem co, pisz cokolwiek, każdego dnia. Pisz bzdury, byle pisać. To nic, że pałasz nienawiścią do całego świata, miałeś kiepski dzień i jedyne, co chcesz zrobić to przykryć się kołdrą i umrzeć. Nic się nie stało, siadaj i pisz!

Ja nie piszę codziennie. Piszę tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę. Kiedy wiem, że to, co pojawiło się w mojej głowie warte jest odnotowania, i kiedy wiem, że jestem w stanie przelać na papier dokładnie to, czego w danym momencie potrzebuję. Być może dlatego napisanie pierwszej powieści zajęło mi około dziesięciu lat. Ok, były chwile, kiedy zniechęcona rozmiarami wymyślonej przez siebie fabuły rzucałam wszystko w cholerę, tylko po to, by kilka miesięcy później wyciągać z zakurzonego kąta moich biednych, pokrzywdzonych bohaterów i gorąco ich przepraszać.

Jestem twórcą bardzo niecierpliwym. Jeżeli widzę i czuję, że fabuła zmierza w złą stronę, zniechęcam się i często zarzucam projekt. Nigdy go jednak nie usuwam, nigdy nie wiem, kiedy najdzie mnie ochota, by do niego wrócić. Dlatego moja rada – jeśli masz w szufladzie biurka lub na dysku swojego komputera rozpoczęte teksty, to pod żadnych pozorem ich nie wyrzucaj! Posiadam całkiem sporo takich pisarskich plików i niejednokrotnie do nich wracam. W planach mam wydanie za jakiś czas zbioru opowiadań, toteż zachowane teksty jak najbardziej mi się przydadzą.

Pisać kochałam od zawsze. Połączenie mojej specyficznej wrażliwości z dość wybujałą wyobraźnią daje mieszankę niekiedy dość nieprzewidywalną i dla niektórych czytelników być może też zbyt zagmatwaną. Pod płaszczykiem mało skomplikowanej opowieści lubię przemycać dziwne historie o dziwnych ludziach. Intryguje mnie psychologia kontaktów międzyludzkich i uwielbiam chemię między postaciami, a jeżeli czytelnik wyłapie dodatkowo moją intencję, tym większą mam motywację do dalszej pracy.

Co najbardziej mnie inspiruje? Muzyka. Od zawsze. Dźwięki, których słucham wpływają na obrazy, kształtujące się w mojej głowie, a te z kolei tworzą podwaliny pod samą fabułę i poszczególne sceny. Ileż to razy zdarzyło się, że wymyśliłam dany fragment tylko dlatego, że akurat niski głos Ville Valo wybuczał mi kilka romantycznych wersów i z mej piersi wyrwało się pełne zachwytu pisarskie westchnienie?

Drogi aspirujący pisarzu! Cóż mogę Ci doradzić jeśli chcesz iść moim śladem i zdecydujesz się poświęcić swoje prywatne życie tej morderczej profesji? Pisz jak najwięcej, ale nigdy nie pisz pod dyktando. Jeśli wsłuchasz się w swój wewnętrzny zegar, usłyszysz cichutkie tykanie, które podpowie Ci, czy dziś jest ten czas, że dopiszesz kilka stron do swojej powieści, stworzysz zalążek świetnego opowiadania, czy też po prostu zawiniesz się w koc, zamkniesz oczy i odpłyniesz daleko tam, gdzie tworzą się sny i rodzą się pomysły.



Źródło fot. cornwallwi.org.uk

środa, lipca 31

Półka z książkami – jaką literaturę lubię?


Przymierzałam się do napisania tego posta już od jakiegoś czasu, jednak nie chciałam, by był to kolejny wpis w rodzaju „10 autorów, których kocham/lubię/szanuję”, czy też „Moi top pisarze”. Nie jest moim celem zanudzanie czytelnika i szczegółowe przybliżanie sylwetek poszczególnych mistrzów pióra, bo zrobić to może każdy z Was, odpalając choćby Wikipedię. Moją intencją jest zaprezentowanie Wam pewnych trendów, które w literaturze lubię, i które mnie pociągają na tyle, że chętnie przemycam je również w mojej skromnej twórczości.

Mówiąc w wielkim skrócie – tworzę takie rzeczy, które sama chciałabym przeczytać.

Skłamię, jeśli powiem, że fanką czytania byłam od zawsze. Być może zaszczepiono mi we wczesnym dzieciństwie jakieś czytelnicze ideały, jednak prawdę mówiąc, zupełnie ich nie pamiętam, a przymus pochłaniania szkolnych lektur wspominam raczej z goryczą i lekkim niesmakiem. Wyjątkiem były „Dzieci z Bullerbyn”, które przeczytałam chyba z piętnaście razy oraz „Przedwiośnie” (oczywiście w późniejszych latach mego istnienia), którego to wybór zawsze dziwił moich bliskich (ale to naprawdę dobra książka!). Dozą sentymentu darzę również epokę romantyzmu, ale do tego wrócę w dalszej części tekstu.

Przełomem w moim czytelniczym jestestwie było ukazanie się na rynku – nikogo to nie powinno dziwić – „Harry'ego Pottera”. Cóż to były za czasy! Szczęśliwi ci, którzy tak jak ja mieli okazję dorastać w epoce, gdzie na kolejne części sagi czekało się z wypiekami na twarzy. Obecnie chyba żadna z książkowych serii nie jest w stanie powtórzyć fenomenu, który stał się udziałem J.K. Rowling. 
Będąc jeszcze dzieckiem, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam jak powinna wyglądać literatura, która przemawia do mas. Wszystko było takie proste, przejrzyste, lekkie, a jakże przyjemne w odbiorze! Rowling do dzisiaj pozostaje dla mnie mistrzynią prowadzenia fabuły, konstruowania światów i tworzenia bohaterów z krwi i kości. Całą potterową sagę przeczytałam kilka razy i wciąż dumnie zdobi ona moją półkę. Wtedy też zrozumiałam, że w przyszłości chciałabym pisać (a pisać lubiłam od zawsze) opowieści dla młodzieży. Ale nie takie, które byłyby wierną kalką „Pottera” czy „Wiedźmina”, tylko takie, które ocierałyby się o to, co mnie w literaturze urzeka. A urzeka mnie romantyzm. Ale nie taki rodem z kobiecych erotyków o pięćdziesięciu odcieniach ludzkiej seksualności, tylko mroczny, gotycki romantyzm, przesycony demonami, upiorami i krwawymi legendami. I w tym miejscu dochodzimy do mojej pisarskiej alfy i omegi, człowieka, którego twórczość odcisnęła na mnie ogromne piętno. Na mnie, i na wielu tych, którzy byli długo przede mną. Zapytajcie choćby Stephena Kinga ;)


Edgar Allan Poe – niekwestionowany mistrz makabry i groteski, przedstawiciel XIX-wiecznego, amerykańskiego romantyzmu. W jego opowieściach odnalazłam wszystko to, czego tak zawzięcie w literaturze poszukiwałam. Tragiczne romanse, makabryczne zbrodnie, wszędobylską aurę tajemnicy i nutkę nostalgii. Czytałam praktycznie wszystkie jego prace i chociaż nie jest łatwym w odbiorze autorem, a język, którym się posługiwał do prostych nie należy, to warto poświęcić mu chwilę. Sam życiorys pisarza jest też na tyle ciekawy, że niejednokrotnie inspirował filmowców. Tutaj już odsyłam do „wujka Google” w poszukiwaniu potrzebnych informacji, z pewnością natkniecie się na różne smakowite kąski ;)

Długo zastanawiałam się nad tym, które opowiadanie Poe'go mogłabym okrzyknąć mianem mojego ulubionego i wybór padł na „Maskę Śmierci Szkarłatnej”, której pełny tekst, w tłumaczeniu Bolesława Leśmiana znaleźć możecie tutaj:


No dobrze, mamy opowieści dla młodzieży, mroczne przygody, duchy i upiory, ale co oprócz Edgara i Pottera właściwie czytam? Odpowiedź brzmi – wszystko to, co choćby w minimalnym stopniu wpasowuje się w mój gust. A czytam bardzo dużo. Lubię np. Stephena Kinga. W końcu to "król horroru", jak zwykło się mówić, ale mam z nim jednak pewien problem. Bo o ile uwielbiam jego wczesne prace („Christine”, „Smętarz dla zwierzaków”, „Carrie”, „Miasteczko Salem”, „Gra Geralda”), tak kompletnie nie przemawiają do mnie jego współczesne dzieła. Brak w nich duszy i tej atmosfery grozy, którą niegdyś tak pokochałam. Zupełnie jakby ktoś inny trzymał „pióro”, a Stephen był tylko kopalnią pomysłów i marką samą w sobie. Być może tak też jest w rzeczywistości, ale nie zgłębiałam nigdy tego tematu.

Namiętnie połykam książki przygodowe, ocierające się lekko o fantastykę, czytam też dramaty obyczajowe. Bardzo lubię twórczość Iana McEwana, którego „Pokuta” jest po dziś dzień jedną z moich ulubionych książek. Czytałam wszystkie części serii o Hannibalu Lecterze, mnóstwo thrillerów i kryminałów. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale wszystkie łączyło jedno – mroczna, pełna dziwnych zwrotów akcji fabuła. Lubię, gdy literatura mnie szokuje, gdy łamie schematy i nie boi się poruszać trudnych tematów. Nie lubię literatury stricte kobiecej, gdzie mdłe bohaterki uganiają się za równie mdłymi bohaterami, a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. 

Ostatnio przeglądając Pinteresta natknęłam się na maksymę skierowaną do pisarzy, brzmiała ona mniej więcej tak: „bądź zły dla swoich bohaterów, odbierz im wszystko, w co wierzą i co posiadają; możesz ich przez chwilę pogłaskać po głowie, a potem znów wszystko im zabierz”. Muszę przyznać, że jest w tym sporo racji. No bo przecież, gdy tylko pojawia się problem, fabuła od razu nabiera właściwych barw. Jak to w życiu :)

Na koniec chciałabym gorąco polecić Wam książeczkę, którą kiedyś dostałam w prezencie, i która idealnie wpasowuje się w mój gust. Być może już kiedyś o niej wspominałam, ale warto do niej wrócić.

„Opowieści grozy wuja Mortimera”, których autorem jest Chris Priestley to zbiór krótkich opowiadań, które połączone są ze sobą wspólną nicią fabularną. Mamy tu wielki, mroczny dom, pełen tajemnic ogród, czające się gdzieś w mroku zło i chłopca, który usiłuje rozwikłać zagadkę. Brzmi smakowicie :) Opowieści wzorowane są na pracach Poe'go, więc miłośnikom gatunku przypadną do gustu. Warto się w to małe dziełko zaopatrzyć. Może przy okazji Halloween? ;)



A Wy w jakiej literaturze gustujecie? Zachęcam do dyskusji w komentarzach na moim facebookowym fanpage'u. No i mam nadzieję, że znajdę wśród Was jakichś miłośników Edgara :)

Źródła fotografii:
www.etsy.com
Archiwum własne

piątek, lipca 19

My Artistic Asylum - Spotify



W ostatnim czasie robiłam porządki w moich playlistach na Spotify i doszłam do wniosku, że jest tam całkiem pokaźne grono utworów, którymi chciałabym się z Wami podzielić. I nie chodzi tu wcale o jakieś wielkie hity szturmujące stacje radiowe, ale raczej o kompozycje stanowiące chilloutową mieszankę indie popu, alternatywy i wszystkiego tego, co mnie w muzyce urzeka od dłuższego czasu.

Playlista składa się aktualnie z 46 utworów i sukcesywnie będzie przeze mnie uzupełniana. Znaleźć tu możecie pozycje mniej i bardziej znane, głównie te, które zostały mi zarekomendowane przez Spotify. 

Utwory te uważam za absolutnie wyjątkowe i na przestrzeni ostatnich kilku lat towarzyszyły mi w wielu ważnych dla mnie okolicznościach.

Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie i zachęcę Was do własnych, muzycznych poszukiwań ;)






piątek, lipca 12

Stranger Things 3 - Hit czy kit?



Jakiś czas temu na moim blogu pojawił się wpis, w którym zadałam sobie i Wam zasadnicze pytanie – dlaczego w ogóle warto obejrzeć serial Stranger Things? Był to najczęściej czytany post w historii mojego bloga i ciężko się temu dziwić, bo ten hitowy serial Netflixa wzbudza obecnie nie mniejsze emocje niż swojego czasu Gra o tron (na której zakończenie spuszczę zasłonę chłodnego, pełnego urazy milczenia), w końcu czekaliśmy aż dwa lata, by poznać kontynuację losów dzieciaków z Hawkins. Czy warto było? A może raczej czujecie się zawiedzeni tym, co przygotowali twórcy serialu? Tych, którzy jeszcze nowego sezonu nie widzieli mogę uspokoić – jest dobrze (chociaż lepiej nie czytajcie dalej, bo tekst zawiera spoilery). Scenariusz nie został napisany na kolanie, jak w przypadku hitu HBO, widać, że autorzy mają pewien zamysł w tworzeniu całej tej historii i konsekwentnie go realizują. Przy tym wszystkim nie udało im się ustrzec jednak przed pewnymi błędami, ale o tym w dalszej części tekstu.

Co dostajemy tym razem?

Lato roku 1985. Czas beztroski i zabawy. W Hawkins powstaje centrum handlowe, które urzeka mieszkańców feerią barw i korowodem rozrywkowych przyjemności, a tymczasem władze miasteczka szykują się do hucznych obchodów Święta Niepodległości. W międzyczasie nasi bohaterowie przeżywają pierwsze miłosne uniesienia i poznają, czym jest wchodzenie w wiek młodzieńczy. W tym samym momencie, gdy sfrustrowany Hopper usiłuje przegnać ze swojego domu pobudzonego przez hormony Mike'a, w podziemiach Hawkins złowrodzy Rosjanie próbują otworzyć przejście, które z sukcesem w drugim sezonie zamknęła Jedenastka. Oczywiście, jak to w tego typu historiach bywa, coś musi pójść nie tak i eksperyment wymyka się spod kontroli. Do naszego świata przedostaje się złowroga siła, która zaczyna budować własną krwiożerczą armię, a ulubieńcy widzów Dustin i Steve (zdecydowanie i mój ulubiony duet!) wpadają na trop rosyjskiego wroga. No i nie możemy oczywiście zapomnieć o zepsutych magnesach, które uaktywniają w Joyce, matce Willa, tryb Indiany Jones'a, i gdy wyrusza ona wraz z Hopperem na poszukiwanie zaginionego pola magnetycznego, wiemy już, że wynikną z tego nie lada kłopoty.



Dlaczego jest tak fajnie?

Sezon trzeci, podobnie jak dwa poprzednie dosłownie się pożera. Obejrzysz jeden odcinek i chcesz więcej. Mało jest tak dobrze napisanych seriali. Jest to zasługa zgrabnie skonstruowanego scenariusza, który pomimo, że opowiada po raz trzeci podobną historię (jest to jeden z zarzutów, jaki serialowi stawiają recenzenci), robi to w nienachalny, przyjemny sposób, a sam serial raz jeszcze staje się tym, czego się od niego oczekuje – niczym niezmąconą, popkulturową rozrywką.
Znów mamy lata osiemdziesiąte, znów możemy zasmakować tego, co stało się udziałem naszych rodziców, podejrzeć panujące w owym czasie trendy i choć na chwilę przenieść się w czasie. Nawiązań do popularnych w tamtym okresie filmów i produkcji jest ogrom. Mamy tu uśmiech w stronę fanów Powrotu do przyszłości, ewidentne nawiązanie do Terminatora i wielu innych kultowych tytułów. Może uda Wam się wyłapać wszystkie? :)

Podczas seansu zastanawiałam się niejednokrotnie dlaczego ten właśnie serial, spośród wszystkich, które produkuje Netflix zyskał aż tak wielki rozgłos i stale rosnącą popularność. Przecież odtwarza on właściwie wszystko to, co w kinie się już widziało. Być może z pomocą przyjdzie tutaj słynne stwierdzenie, że ludziom zwykle najbardziej podoba się to, co wcześniej już widzieli/słyszeli/czytali. Jeżeli dodać do tego swoistą magię, jaką cechuje się Stranger Things, uzyskamy solidnie ubitego, odgrzanego kotleta w pysznej, chrupiącej panierce.

W czasie oglądania bawiłam się znakomicie. Cieszy mnie fakt, że premiera trzeciego sezonu wypadła akurat w sezonie wakacyjnym, bo już na zawsze letnie Hawkins kojarzyć mi się będzie z chłodnymi wieczorami, które spędziłam w drewnianej chatce, z laptopem na kolanach, chłonąc zachłannie kolejne odcinki. I choć fabuła jest przewidywalna, momentami aż do bólu, to kogo to właściwie obchodzi? Dostałam to, na co liczyłam: dobrą, wciągającą historię, która trzyma poziom do samego końca. Ale żeby nie było, że wypowiadam się o serialu w samych superlatywach, zmuszona jestem trochę też ponarzekać.

Magia? Tutaj to nawet Harry Potter nie pomoże.

Bohaterowie dorastają. Próżno szukać w nich tej słodyczy, którą prezentowali nam w pierwszym sezonie. Taka kolej rzeczy niestety. Czas leci, dzieciaki zamieniają się w bandę nabuzowanych nastolatków, co wpływa na ich wzajemne relacje. Nastoletni romans Mike'a i Nastki irytuje. Jeden z moich ulubionych bohaterów nagle zamienia się w pyskatego podrostka, któremu zdaje się, że jest w stanie zawojować cały świat. Bardzo lubię Finna Wolfharda, uważam że to aktor z dużym potencjałem i dziwną, ale przyjemną dla oka charyzmą, jednak jego bohater przez cały sezon nie robi praktycznie nic. Podobnie rzecz ma się z innymi postaciami. Will, którego obecność ogranicza się do drapania po karku, Lucas, który jak dla mnie zawsze był najsłabiej napisaną postacią, Max, która irytuje swoimi niezbyt trafionymi uwagami i stara się uchodzić za ekspertkę od relacji damsko-męskich. Prawo wieku, powiecie. Owszem, ale te zabiegi fabularne zabijają magię tego serialu, której niestety zostało już bardzo mało. Nawet zagrożenie, z jakim zmagają się bohaterowie nie budzi już takiego przyjemnego dreszczyku emocji, jak choćby słynna scena z drugiego sezonu podczas której Will widzi na horyzoncie mroczną sylwetkę Łupieżcy Umysłów. Potwór, którego poznajemy w trzeciej odsłonie serialu budzi raczej obrzydzenie niż strach.

No i są wreszcie ci nieszczęśni Rosjanie. Największa bolączka tego sezonu. Dlaczego na litość Boską, Amerykanie tak się uczepili tych Rosjan? „Nie mamy pomysłu na czarny charakter? Niech to będą Rosjanie, oni zawsze robią odpowiednie wrażenie!”. Ja wiem, że Zimna wojna, że napięcie we wzajemnych stosunkach i inne super ważne rzeczy, ale bądźmy szczerzy, to jest serial czysto rozrywkowy. Dlaczego to zawsze muszą być Rosjanie, a nie dla odmiany na przykład Szwedzi? (btw nie mam nic do Szwedów).

Choć ekipa Mike'a, Willa, Lucasa, Max i Jedenastki zawodzi nieco w tym sezonie, to dostajemy jednak dla odmiany coś zupełnie innego. Twórcy zrobili bardzo dobry manewr oddzielając Dustina od starej ekipy i łącząc go ze Stevem i nową bohaterką, Robin. Stworzyli w ten sposób niezwykle ciekawe trio, którego perypetie ogląda się z uśmiechem głębokiego zadowolenia na twarzy. To właśnie przygody tej trójki, szpiegującej mrocznych Rosjan ogląda się w tym sezonie najprzyjemniej i choćby za to scenarzystom należą się ogromne słowa uznania.

Kilka słów podsumowania?

Fani starego, dobrego Stranger Things powinni być usatysfakcjonowani. Ponarzekacie sobie trochę na drobne mankamenty, których nie ustrzegł się ten sezon, ale w ogólnym rozrachunku będziecie zadowoleni i zacierać będziecie łapki na wieść o zapowiedzianej kontynuacji, która ma mieć premierę podobno w 2020 roku.
Gorycz rozstania z Waszym ulubionym serialem może nieco osłodzić fakt, że na Spotify jest już dostępna pełna ścieżka dźwiękowa trzeciego sezonu, która jak zwykle prezentuje wysoki poziom.

Nie zastanawiać się więc, oglądać!