Czy debiut na rynku wydawniczym jest łatwy? Moja historia
Jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie, że wszystkie wielkie kariery pisarskie zaczynają się w ten sam sposób: tworzysz powieść, wysyłasz ją do wydawnictwa XYZ, a czytające ją mądre głowy są nią tak zachwycone, że Twoja książka praktycznie w trybie natychmiastowym staje się światowym bestsellerem z od razu zabukowanym prawem do ekranizacji. Gdyby życie każdego pisarza było fabułą amerykańskiego filmu to większość twórców spełniałaby swoje marzenia w astronomicznym tempie.
Zawsze wiedziałam, że będę pisać książki. Zawsze też myślałam, że wydanie powieści będzie dla mnie stosunkowo łatwe. Dlaczego? Czy przemawiała przeze mnie arogancja? Nie. Ja po prostu wiedziałam, że pierwsze książki wydam sama, bez oglądania się na kogokolwiek. Śladem podziwianych przeze mnie mistrzów.
O początkach mojej fascynacji pisaniem niejednokrotnie już wspominałam, jednak nie zagłębiałam się szczegółowo w sam proces publikacji tekstów. Nie było ich w moich młodzieńczych latach jakoś bardzo dużo, nie szalałam z wysyłaniem propozycji konkursowych i nie przepychałam się łokciami, by zostać zauważoną. Pierwsze dłuższe teksty, jakie opublikowałam były fanfickami, a ja pozakładałam kilka różnych blogów na chyba już od dawna nie istniejącym Mylogu i tam wrzucałam swoje historyjki, ku uciesze fanów i fanek podobnych klimatów. Już wtedy docierały do mnie pochwały odnośnie języka, jakim się posługiwałam więc miałam pierwsze podstawy, by sądzić, że moje teksty rzeczywiście mogą się podobać. Oczywiście już wcześniej podświadomie czułam, że z językiem polskim jest mi po drodze, jednak nie zawsze po drodze było mi z nauczycielami, którzy posiadają jakiś wyjątkowy dar gaszenia w dzieciach bożej iskry motywacji.
Czasy studenckie pod tym kątem lepsze nie były, bo choć już wtedy zaczęłam pisać pierwszą powieść, to ktoś życzliwy zarzucał mi brak samodzielności przy pisaniu własnych tekstów stricte naukowych :) Na szczęście po opublikowaniu przeze mnie pierwszej książki, po latach, musiał przyznać sam przed sobą, że żył w błędzie i zaprosił mnie na pojednawczą kawkę, co odczytałam jako nieme "przepraszam" :) Wbrew pozorom, zarzuty o niesamodzielnym pisaniu, choć bolesne, utwierdziły mnie w przekonaniu, że potrafię i chcę dalej pisać. I chociaż wtedy czułam rozgoryczenie i wściekłość, to dziś uśmiecham się na wspomnienie tamtych chwil. Były mi one bardzo potrzebne.
Niestety, mimo że w kontakcie bezpośrednim mogę sprawiać wrażenie osoby wyniosłej, to moja pewność siebie bywa na tyle wątła, że chwile zwątpienia wkradają się do mojego serca i umysłu wtedy, kiedy są mi najmniej potrzebne. W takich właśnie momentach przystępowałam do publikacji pierwszych rozdziałów mojej książki. Chciałam, by inne osoby piszące, być może z większym doświadczeniem, oceniły styl i język jakim się posługuję. Było to dla mnie tak istotne, że pierwsze teksty opublikowałam na Portalu Pisarskim z drżącym sercem i jak szalona co chwilę odświeżałam komentarze. I co się okazało? Podobało się! Poczułam jak moje lekko zwinięte skrzydła zaczynają się powoli prostować i nieśmiało sięgają w stronę nieba.
Jak wiecie z wywiadów, pierwszą książkę pisałam dość długo. Dziesięć lat to nie jest okres, którym należy się chwalić. Nie byłam jej jednak wystarczająco pewna i nie byłam też pewna tego, czy naprawdę zdołam ją napisać. Ukończenie pierwszego tomu "Lee Schubienika" stało się dla mnie momentem przełomowym, bo udowodniłam samej sobie, że jednak potrafię poprowadzić coś od początku do końca. Mój zmienny charakter zwykle mi to uniemożliwiał i bardzo często rzucałam się na kolejne projekty nie kończąc poprzednich. Taki jednak już mój urok i chociaż z nim walczę, to niewiele w tym zakresie się zmieniło :)
No dobrze, napisałam książkę i pojawiło się pytanie: co dalej? Przecież nie po to ją tyle czasu pisałam, żeby teraz wylądowała na dnie szuflady. Nie chciałam też do końca życia wrzucać swoich tesktów wyłącznie na blogi, zrobiłam więc dokładny risercz jak wygląda proces wydawniczy w Polsce. Nie spodobało mi się to, czego się naczytałam. Wniosek w wielkim skrócie był taki, że wielkie wydawnictwa mają gdzieś debiutantów i albo stawiają na publikację książek zagranicznych autorów albo wydają dzieła tych, którzy mają już na koncie całkiem pokaźny dorobek literacki. Wydając więc pierwszą książkę jesteś Szanowny Debiutancie w wielkiej, czarnej d...dziurze. Możesz sobie oczywiście czekać do usranej śmierci aż ktoś Cię zauważy i wyciągnie z tej szuflady, ale jest to raczej mało prawdopodobne. No chyba, że masz gdzieś dojścia, to będzie Ci o wiele łatwiej. Ja żadnych dojść nie miałam i wysyłając swój tekst do wydawnictw tradycyjnych, od razu rozesłałam go też do wydawnictw, które wydają książki za pieniądze. Możecie się domyślić jaki był odzew :)
"Lee Schubienika" wydałam z tym wydawnictwem, które odezwało się do mnie jako pierwsze. A cel był jeden - opublikować go jak najszybciej. Oczywiście naczytałam się też trochę negatywnych opinii, że wydając w ten sposób przypnę sobie łatkę autora, który publikuje niezbyt wartościowe treści, "bo przecież za kasę można wszystko". Pracując osiem godzin dziennie na etacie w miejscu, które finansowo nie było mi nigdy przychylne nie mogłam sobie pozwolić na jakiś ogromny nakład, więc wzięłam to, na co mogłam sobie w tamtym momencie pozwolić. Sam proces wydawniczy przebiegł dość sprawnie, obyło się bez większych perturbacji, a projekt okładki, jaki otrzymałam przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Jeśli mogłabym się do czegokolwiek przyczepić to do kwestii promocji. Poza wysłaniem informacji prasowej do niektórych mediów oraz rozesłaniem książki do blogerów nie doczekałam się żadnego większego wsparcia, a zainteresowanie moją osobą trwało przez kilka pierwszych chwil po premierze. Potem nastała cisza. Praktycznie wszystkie działania promocyjne, spotkania autorskie musiałam zorganizować sobie sama. Spotkałam na swojej drodze też trochę życzliwych osób, które bardzo wsparły mnie w tym procesie, za co jestem nieopisanie wdzięczna. "Lee Schubienik" został ciepło przyjęty przez czytelników, co pokazało niedowiarkom, że kupiony nie znaczy gorszy ;)
Z perspektywy czasu uważam swój debiut za całkiem udany. Jest w tej książce kilka rzeczy, które bym zmieniła, ale dotyczą one wyłącznie pierwszego tomu. Z drugiego jestem bardziej zadowolona. Czy żałuję, że zdecydowałam się wydać książkę w taki sposób? Nie. Zrobiłam to tak jak chciałam - szybko i konkretnie. Z kolejnym projektem będę jednak próbowała działać w nieco inny sposób. Zbudowałam już solidne podstawy pod to, by mierzyć wyżej nawet jeśli zajmie to więcej czasu. No a z promocją wciąż walczę - niestety na własną rękę.
Komentarze
Prześlij komentarz