sobota, grudnia 26

"Nimfa" - Andrzej Konefał

„Obudź się! Musimy iść. Ku zmianom...”

Na debiut autorski Andrzeja Konefała czekałam z niecierpliwością. Zbieżność naszych nazwisk jest zupełnie przypadkowa i myślę, że warto to zaznaczyć, zanim wszyscy czytający posądzą nas o koneksje rodzinne :) Niezbadane są jednak koleje losu i nasze pisarskie ścieżki w pewnym momencie naszego życia się przecięły, a nasza niemająca granic wyobraźnia pozwoliła nam na podjęcie współpracy. Z przyjemnością zgodziłam się więc objąć patronat nad „Nimfą” i muszę przyznać, że nie żałuję. Pomimo, że jest to powieść, która gatunkowo całkowicie odbiega od tego, z czym stykam się na co dzień, to urzeka ona bogactwem kolorów i uwodzi dynamiką następujących po sobie zdarzeń.

Sama historia zaczyna się z pozoru niewinnie i czytelnik ma wrażenie, że wpadła mu do ręki powieść obyczajowa, z rodzinnym dramatem w tle. Mamy tragiczny w skutkach wypadek samochodowy, w wyniku którego Katarzyna Mariańska traci ukochanego syna i przez kolejne zapisane przez autora stronice zmaga się z osobistą traumą. Grzegorz, mąż Mariańskiej, który lada chwila przestanie być jej mężem, w zabliźnieniu się tych ran bynajmniej nie pomaga, a staje się kolejnym powodem do zmartwień. Brzmi banalnie, prawda? Chwilę później autor rzuca jednak czytającego w wir wydarzeń tak ekstremalnych, że ten, nie raz jeszcze będzie przecierał oczy ze zdumienia. Bo kto by się spodziewał, że w zwyczajnej szafie znajduje się przejście, które sprawi, że Mariańska obudzi się w Krainie Koszmarów? ;) I co w tej historii jest tak naprawdę rzeczywiste, a co nie?

W swojej debiutanckiej powieści Andrzej Konefał romansuje z fantastyką, thrillerem, dramatem psychologicznym, a wszystko naszpikowane jest taką ilością akcji, że sama miałam problem z przypasowaniem „Nimfy” do konkretnego gatunku. Autor znakomicie bawi się stworzoną przez siebie stylistyką, poszczególne elementy fabuły ładnie się o siebie zazębiają i widać, że twórca poświęcił sporo czasu na dokładne przemyślenie oraz rozplanowanie wątków. Całość jest wręcz trochę „hollywoodzka”, a podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdyby powieść ukazała się z USA, to prędzej czy później ktoś zechciałby ją zekranizować. Mamy tu akcję, strzelaniny, krew leje się strumieniami, a na dodatek ludzkość staje w obliczu „zagrożenia” z kosmosu. Sami bohaterowie również zostali całkiem sprawnie rozpisani i nie są banalni.

Język powieści jest lekki i przyjemny i nie przeszkadzają nawet wrzucane często przez autora wulgaryzmy. Ach, no przecież Nimfa jest postacią tak charakterną, że aż prosi się, by co jakiś czas soczyście zaklęła ;) Nie muszę chyba przy tym dodawać, że właśnie tytułowa bohaterka wzbudziła moją największą sympatię. Lubię takie skomplikowane i nieoczywiste postaci. A tak mało jest dobrych kobiecych bohaterek we współczesnej literaturze.

Podczas lektury bawiłam się naprawdę dobrze, ale żeby nie było, że przedstawiam powieść kolegi w samych superlatywach, to jest kilka elementów, do których muszę się przyczepić. Zaznaczę przy tym, że nie czytałam wcześniej żadnych recenzji „Nimfy”, a jest pewien mankament, który w odbiorze całości przeszkadza. Mam tutaj na myśli korektę tekstu przeprowadzoną przez wydawnictwo. Literówek i drobnych błędów stylistycznych jest na tyle dużo, że zaburzają one schludny obraz całości i po prostu denerwują. I co z tego, że szata graficzna „Nimfy” jest naprawdę ładna i cieszy oko, skoro te niedoskonałości dekoncentrują i sprawiają, że czytelnik sam ma ochotę wziąć do ręki ołówek, by to wszystko poprawić.

Kolejnym elementem, który nie do końca do mnie przemówił jest wspomniana wcześniej dynamika następujących po sobie zdarzeń. Tak, wiem, że zaznaczyłam jak to autor tą dynamiką uwodzi, jednak myślę, że nie każdemu takie szalone tempo będzie odpowiadało. Ja niestety jestem miłośniczką powolnego rozwijania akcji (wychowałam się na książkach Kinga, to pewnie dlatego ;D) i ta szalona jazda bez trzymanki w moim odczuciu prezentowałaby się znacznie lepiej, gdyby autor trochę zwolnił i pozwolił wydarzeniom rozwijać się w nieco wolniejszym tempie. Ale to moje całkowicie subiektywne odczucie, miłośnicy akcji mają prawo się ze mną nie zgodzić. Nie do końca też przypadł mi do gustu sposób prowadzenia narracji. O ile przedstawienie wydarzeń z punktu widzenia Katarzyny i Nimfy uważam za jak najbardziej uzasadnione, tak dopuszczenie do głosu pozostałych, czasem wręcz pobocznych bohaterów uważam za niepotrzebne. Wprowadziło to do całości nieco chaosu.

Podsumowując, uważam „Nimfę” za całkiem udany debiut literacki i cieszę się, że wpadła w moje ręce książka, po którą w normalnych okolicznościach nigdy bym nie sięgnęła. Będę bacznie przyglądać się dalszej pracy twórczej Andrzeja, bo jestem przekonana, że jego niesamowita wyobraźnia i miłość do pisania zaowocują w przyszłości kolejnymi równie intrygującymi powieściami. 

Komu mogę polecić „Nimfę”? Przede wszystkim miłośnikom science fiction, bo to oni wyłuskają z tej powieści najwięcej, a zakończenie wyraźnie sugeruje, że to jeszcze nie koniec tej szalonej historii ;)

niedziela, października 25

O wolności. Artystycznej i nie tylko.


Kiedy w 2011 r. zakładałam tego bloga idea przyświecała mi jedna – stworzyć własny, mały zakątek, w którym będę mogła dzielić się z czytelnikami przemyśleniami na różnorodne, kulturalne tematy. Raz na jakiś czas wrzucałam recenzje płyt, które w jakimś stopniu poruszyły moje serce, innym razem polecałam Wam filmy i seriale, na które warto zwrócić uwagę. Jeżeli śledzicie mnie od jakiegoś czasu, z pewnością zauważyliście zmianę, jaka zaszła na blogu na przestrzeni lat.

Z chwilą ukazania się na rynku mojej debiutanckiej powieści obiecałam sobie, że przerobię tę moją przystań na port dla wszystkich piszących, pełen wskazówek i porad. I rzeczywiście, tworzenie typowo pisarskich postów sprawiało mi ogromną frajdę. Nadal oczywiście będę je wrzucać, chociaż jak zapewne zauważyliście od kilku miesięcy miałam przerwę w blogowaniu. Złożyło się na to kilka różnych czynników, które spowodowały, że po raz kolejny w życiu zapomniałam o sobie, poświęciłam siebie dla innych i pozwoliłam w nieświadomy sposób ograniczyć swoją wolność. Cóż, artystyczne dusze już chyba tak mają, że zbyt mocno odczuwają i niepotrzebnie przywiązują się do pewnych zdarzeń i sytuacji ;) Pozostaje położyć plaster na rany i czekać aż same się zagoją. Bo goją się zawsze.

Temat wolności nie jest przeze mnie poruszany przypadkowo. W momencie, gdy sytuacja w naszym kraju wymyka się spod kontroli i obroża, którą pozwoliliśmy sobie założyć na szyję coraz bardziej się zaciska, bardzo ważne jest byśmy pozostali wierni sobie, swoim ideałom i przekonaniom. Cytując, bowiem mojego bohatera: „To live and not to breathe is to die in tragedy”.

Zawsze bardzo ceniłam artystów. Nie tylko za wkład, jaki swoją twórczością wnoszą do naszego życia, ale przede wszystkim za odwagę i upór w manifestowaniu swoich poglądów. Za ten bieg pod prąd, niezależnie od okoliczności. Od lat staram się słuchać swojej intuicji, która ZAWSZE dobrze mi podpowiada, ale często niestety pozostaję głucha na jej wezwania i ostrzeżenia. Dwukrotnie w ciągu mojego krótkiego życia udało mi się zrzucić kaganiec i zrobię to po raz trzeci jeżeli będzie trzeba. I mam tutaj na myśli absolutnie każdą dziedzinę życia. Tę najbardziej oczywistą również.

Chcę rozwijać bloga, swoją twórczość, a także siebie. Dlatego też takie właśnie życiowe i filozoficzne posty będą się pojawiały tutaj częściej. Bo są częścią mnie samej i jeżeli będę wiedziała, że chcę się z Wami czymś podzielić to zrobię to bez zastanowienia. Nie możecie w końcu w nieskończoność czekać na drugi tom mojej książki i zbiór opowiadań :) Słowo pisane powstało w końcu po to, by go używać. Oczywiście racjonalnie i z głową :)

poniedziałek, lipca 27

Dlaczego kiedyś było fajniej?



Leniwe, letnie popołudnia zawsze wprawiały mnie w przyjemną melancholię, która powodowała, że zatrzymywałam się na chwilę i z dala od zgiełku oraz natłoku bombardujących mnie myśli poddawałam się urokowi trwającej chwili i pozwalałam przemyśleniom swobodnie przeze mnie przepływać. Takie summertime sadness nie jest niczym złym, a wręcz pomaga mi zawsze wejść w głębszy kontakt z samą sobą.

Jestem typową humanistką. Lubię rozmyślać, lubię filozofować i zastanawiać się nad naturą tego, co mnie otacza. Pewnie był to jeden z powodów, dla których wiele lat temu zdecydowałam się na podjęcie studiów historycznych (chociaż blisko było, a powędrowałabym inną ścieżką). Lubię obserwować ludzi, poznawać ich losy, naturę i niejednokrotnie z takich właśnie obserwacji czerpię inspirację do pisania. Nasz świat jest fascynujący, tylko my sami, w pogoni za nieuchwytnym zdajemy się tego nie dostrzegać i obojętnie przechodzimy obok tego, co najprostsze, a zarazem i najpiękniejsze. 

Ostatnio, podczas drogi powrotnej do domu naszła mnie myśl, że jako rasowy historyk chętnie cofnęłabym się w czasie i raz jeszcze doświadczyła tych wszystkich zwyczajnych chwil, których byłam uczestniczką tak dawno temu, że zdążyłam już zapomnieć jak wiele dla mnie znaczyły. W tamtym okresie były to banalne, proste rzeczy, których wagi i znaczenia wówczas nie rozumiałam, a które z biegiem lat zdążyły urosnąć do rangi chwil niemalże mitycznych, składających się na całą istotę mojego obecnego życia. 

Czasem się zastanawiam, czy wszyscy ludzie wypowiadający znajomo brzmiące słowa: „Kiedyś było jakoś fajniej” mają podobne przemyślenia. Czy każdemu z nas okres dzieciństwa i wczesnych lat młodości kojarzy się z rajem utraconym i wzbudza tę pełną melancholii nutę tęsknoty za tym, co już przeminęło? Czy dawno temu, wkraczając np. do domu Waszych dziadków  zdarzyło Wam się doświadczyć dziwnego uczucia, jakbyście właśnie otworzyli drzwi, wiodące do zupełnie innej epoki? Waszą uwagę przykuł monotonny dźwięk zegara z wielkim wahadłem. Jego donośne tykanie co jakiś czas przerywała wyskakująca ze swojego drewnianego domku kukułka, ogłaszająca porę podwieczorku. Słońce leniwie przedzierało się przez białe firanki, a w powietrzu tańczyły drobinki kurzu. Czas zdawał się płynąć jakoś wolniej. Ile oddalibyście, aby móc raz jeszcze przeżyć tę chwilę, cofnąć się wstecz i cieszyć się prostym życiem dziesięciolatka, dla którego babciny dom był wspaniałym królestwem pełnym ukrytych skarbów i porcelanowych pamiątek przywiezionych „gdzieś ze Wschodu”?

Mniej więcej tego typu uczucia towarzyszą mi za każdym razem, gdy wracam pamięcią do czasów dzieciństwa. Dopiero teraz, bombardowana z każdej strony informacjami, zalewana przez potok muzycznych i filmowych popłuczyn doceniam wartość tego, co było mi serwowane od najmłodszych lat. Czy jako malutka dziewczynka mogłabym się bowiem spodziewać, że tak namiętnie odtwarzane przez mojego ojca kasety Queena, Budki Suflera, Lady Pank, staną się w przyszłości motorami napędowymi mojego dopiero co kształtującego się gustu muzycznego? Czy też, że rozbrzmiewające wieczorami nastrojowe „San Francisco” Scotta McKenzie stanie się jednym z hymnów mojego dzieciństwa? Po dziś dzień najchętniej wracam do twórczości zespołów, które czasy swojej świetności miały w latach 80-tych i 90-tych. Albo więc współczesnym artystom nie udaje się uchwycić ducha bieżącej epoki, albo najzwyczajniej w świecie ten duch od dawna już nie istnieje. Brakuje mi prawdziwości w tym, co obecnie wypuszczane jest na rynek. Wszędzie widzę tylko lejący się strumieniami plastik i fałsz, którego w sztuce nienawidzę. Zawsze podkreślam, że więcej wart w moich oczach jest uliczny grajek z rozstrojoną gitarą niż silikonowa piękność szczerząca się do tłumu gapiów ze sceny.



Nie wiem czy to moja dusza historyka, czy też tęsknota za tym, co minęło popycha moje zainteresowania w stronę rzeczy, na których przeszłość odcisnęła swoje piętno. Szalenie podobają mi się stare, amerykańskie samochody. Gdybym mogła wybrać wóz, który powiózłby mnie do ślubu to pewnie byłaby to odrestaurowana wersja któregoś z Chevroletów, a może nawet i replika Plymouth Fury z 1958 roku (w tym miejscu puszczam oczko do fanów Stephena Kinga). Podoba mi się amerykańska małomiasteczkowość lat 50-tych i 60-tych. Unoszący się w powietrzu duch nostalgii, którego nie mogę znaleźć nigdzie indziej. Dlatego też m.in. tak bardzo upodobałam sobie kreację, którą stworzyła sobie Lana Del Rey. Choć wokalistką jest bardzo przeciętną, o czym świadczą jej występy na żywo, to cała ta retro otoczka, którą od lat wiernie serwuje fanom doskonale odzwierciedla to, co mnie w omawianej epoce urzeka. Czerwone sukienki w białe groszki, zawadiacko wplecione we włosy chusty i nieodparty seksapil, ukryty pod fasadą panienki z dobrego domu. Czyż nie wspaniale byłoby przespacerować się kalifornijskim wybrzeżem minionego okresu, po to tylko, by na własne oczy zobaczyć te wszystkie gustownie ubrane kobiety i ich przystojnych partnerów?

A gdybym tak miała cofnąć się w czasie jeszcze dalej i wskazać okres i epokę, która inspiruje mnie najbardziej? Nie musiałabym szukać daleko i wcale nie musiałabym uciekać aż na drugi koniec świata. Od lat interesuję się kulturą i sztuką dwudziestolecia międzywojennego. Zdewastowana po pierwszej wojnie światowej kultura zaczęła powoli wstawać z kolan i odrodziła się w pełnej krasie, zwłaszcza w miejskich kawiarniach, teatrach, galeriach sztuki. Nawet dziś, spacerując zabytkowymi uliczkami Krakowa natknąć możemy się na historyczne miejsca, które pamiętają czasy rozkwitu, a kawa wypita w jednej z klimatycznych kafejek smakuje lepiej niż ta ze Starbucksa ;D 

Znajomym lubię powtarzać, że urodziłam się w złej epoce. Brakuje mi tej charakterystycznej dla minionych czasów elegancji, wyczucia stylu, klasy. Wciąż skrycie marzę o szarmanckim dżentelmenie, który pojawi się znikąd i rzuci mnie w wir uczuć, o których dawno już zapomniałam. Przyniesie bukiet pięknych kwiatów (mogą to być lilie, jak w mojej książce ;P) i otoczy mnie uwagą i troskliwą opieką. Wiem, że on gdzieś tam jest, ale wyjątkowo dobrze się kamufluje! ;D Jestem ogromnie sentymentalna, ale rzadko się do tego przyznaję. W końcu nie mogłabym pisać, gdybym nie odczuwała wszystkiego tak silnie i głęboko.

I tak, w normalnych okolicznościach nie zdobyłabym się też na podzielenie się z Wami tym fragmentem mojej biografii (bo przecież okazywanie emocji to w dzisiejszych czasach przejaw słabości!), ale jak już wspomniałam na początku, długie, letnie popołudnia sprzyjają rozmyślaniom. Zwłaszcza wtedy, gdy pomarańczowe już słońce powoli znika za horyzontem, ustępując miejsca ciepłej, gwiaździstej nocy, wypełnionej pieśnią budzących się do życia świerszczy.


Źródła fot: Wallpaperplay

niedziela, lipca 12

Bohater charyzmatyczny czyli jaki?


Wielu pisarzy podczas mozolnego procesu tworzenia zadaje sobie pytanie: czy postać, którą właśnie udało im się stworzyć zaskarbi sobie sympatię czytelnika, czy będzie wprost przeciwnie? Byłoby całkiem dobrze, gdyby bohater ów wzbudził w czytającym szczerą niechęć, zapadając mimo wszystko w pamięć, aniżeli zaginął w oceanie szeleszczących kartek, ocierając się o bylejakość. Czytelnika oczarować można bardzo łatwo, ale pod warunkiem, że pierwsze spotkanie z bohaterem zapadnie mu na długo w pamięci. Jeżeli piszecie i wydaje Wam się, że ilość zapisanych kartek działa na Waszą korzyść, że macie czas na to, by pogłębić zainteresowanie wykreowanym bohaterem to jesteście w błędzie. Może bowiem zdarzyć się tak, że opowieść będzie chyliła się ku końcowi, a przez głowę czytelnika dopiero w krańcowych rozdziałach przemknie myśl: „A jednak ten inspektor Przemek był całkiem spoko. W sumie to uważam go za rozmemłaną łajzę, ale dobrze, że przynajmniej na koniec pokazał pazur. Chociaż i tak nie wyróżniał się jakoś spośród setek podobnych mu bohaterów. No może tylko tym, że zamiast groźnego policyjnego psa hodował w domu papużkę”. Jeżeli rozwrzeszczana papużka falista będzie jedynym elementem, który czytelnik zapamięta po lekturze Waszej książki, wiedzcie, że proces twórczy nie do końca Wam się udał.

Jak więc kreować bohaterów?

Postawcie na oryginalność i na to, co Wy, jako czytelnicy w bohaterach lubicie. I nie, nie sugerujcie się tym jak według utartych schematów powinna wyglądać postać prowadzącego śledztwo policjanta. Zauważcie, że w większości kryminałów główny bohater to kalka zerżnięta z miliona podobnych postaci. Klasyczny, książkowy inspektor Przemek musi być zatem oschłym, poświęconym pracy bucem, zmagającym się z poważnym problemem alkoholowym. Ponadto od lat prześladuje go widmo seryjnego mordercy, niejakiego Ryszarda G., które uderza w najmniej oczekiwanym momencie przynosząc nowe wątki w nierozwikłanej dotąd zagadce. Brrr. Nie cierpię takich książek. Z zasady nie przepadam za kryminałami i taka historia musi być naprawdę dobra, by mogła zatrzymać mnie na dłużej (wyjątkiem jest „Szeptacz”, którego przeczytałam jesienią, i który szalenie mi się podobał. Gatunkowe kombo zaserwowane przez autora: klasyczny kryminał w połączeniu z thrillerem i nutką horroru dało naprawdę świetny efekt. I ten klimat!).

Bohater charyzmatyczny to taki, który już od pierwszych stron opowieści przyciąga uwagę. Charakterystyczny może być sam jego wygląd. Może nosi zielone, postrzępiony włosy, w uszach ma ogromne tunele, a oczy podkreśla eyelinerem? Nie musi Wam się podobać taka stylistyka, ale przyznajcie, że sam opis zapada w pamięć. Zrobić możemy z niego np. kolekcjonera motyli a jednocześnie wykładowcę akademickiego. Zbyt odważnie? Być może, nie chcemy w końcu, by postać była zbyt przerysowana. Odejmijmy zatem ten kontrowersyjny wygląd, hobby zostawmy, ale dodajmy jakieś niecodzienne zachowanie. Bohater cierpi na nerwicę natręctw i codzienne przed wyjściem z domu stoi przy oknie i liczy przejeżdżające samochody. Dopiero, gdy doliczy się trzydziestu może ruszyć dalej. Ten nawyk w pewnym momencie wplątuje go w niecodzienną intrygę: nasz bohater podczas swojego porannego rytuału staje się świadkiem morderstwa i wpada prosto w szpony mafii. Możemy wyposażyć postać dodatkowo w następujące cechy: jest uroczym fajtłapą, który mimo wszystko wzbudza ludzką sympatię poprzez swoje sarkastyczne docinki i charakterystyczny czarny humor. Kombinacji jest mnóstwo, warto się pobawić. Pamiętajmy jednak o zachowaniu zdrowego umiaru. Lepiej pozostawić niedosyt niż przesadzić.

Jakich bohaterów lubię?

Pisałam jakiś czas temu o moim zamiłowaniu to czarnych charakterów i wymieniałam wszystkie te cechy, które pociągają mnie w tego typu postaciach. Nie jest to oczywiście regułą, bo nawet i pozytywny bohater cechować się może takim hartem ducha, że trudno nam będzie obok niego przejść obojętnie. Charyzmatyczny bohater to dla mnie przede wszystkim taki, którego ciężko zaszufladkować. Stwarza pozory pozytywnego, a jednak gdzieś pod założonym przez niego pancerzem kryje się inna postać, której czyny pozostawiają czytelnika w lekkiej konsternacji (tutaj na myśl przychodzi mi Scarlett O'Hara, będąca dla mnie ideałem kobiecej postaci literackiej). Podczas lektury lubię czuć niepewność, lekkie poddenerwowanie, wynikające z faktu, że nie wiem gdzie za chwilę poprowadzi mnie autor. Dużo zależy oczywiście od samej fabuły jednak dobrze skonstruowana postać naprawdę pomaga. I daje gwarancję, że nie zapomnę o książce jeszcze na długo po jej zakończeniu. A o to chyba w tym wszystkim chodzi.



Źródło fot: Pinterest


niedziela, maja 24

Jak dobrze pisać? Krótki poradnik.



Od czasu wydania pierwszej książki wielokrotnie zadawano mi pytanie, co takiego mogłabym poradzić wszystkim piszącym, którzy chcą rozwijać swój warsztat i dopiero przymierzają się do ukończenia pierwszej powieści. Czy istnieją jakieś schematy i porady dla autorów? 
A może są dostępne gdzieś na rynku poradniki z gotową receptą na sukces? Sprytne triki, magiczne sztuczki, dzięki którym tworzony tekst nabiera rumieńców, a potem dobrze się sprzedaje.

Gdy po raz pierwszy ktoś zadał mi tego typu pytanie uniosłam lekko brwi ze zdumienia, a w mojej głowie uformowała się myśl: „Ale jak to? To pisania można się nauczyć?”.
Całe życie towarzyszyło mi bowiem przeświadczenie, że z umiejętnością pisania człowiek się rodzi. Tak samo jak z talentem wokalnym, malarskim etc. etc.

Spotkałam na swojej drodze mnóstwo osób. Również i takich, które zupełnie pozbawione samokrytycyzmu wysyłały mi do przejrzenia napisanie przez siebie teksty. I nie były to dobre teksty. Fabularnie było przyzwoicie, jednak struktura zdań i stylistyka wypowiedzi były tak fatalne, że gdyby trafiły w ręce profesjonalnych redaktorów, nie zostawiliby oni na autorze suchej nitki. A pamiętajmy, że redaktor jest osobą, która nanosi w tekście jedyne kosmetyczne poprawki, nie odwrotnie. Szanujmy jego pracę i starajmy się, by nadsyłane teksty prezentowały godny poziom.

Rzeczą, której bałam się najbardziej po wypuszczeniu na rynek mojego debiutu było to, że czytelnicy zarzucą mi grafomaństwo. Zawsze wydawało mi się, że piszę w miarę przyzwoicie, jednak obawa, że moje przeświadczenie nie wytrzyma w starciu z rzeczywistością było na tyle duże, że z niepokojem czytałam pierwsze recenzje. Kiedy jednak okazało się, że złego stylu nikt mi nie zarzuca, a wręcz przeciwnie, uspokoiłam się i w spokoju zaczęłam pisać kontynuację :)

Postanowiłam zebrać również garść porad dla wszystkich tych, którzy szukają wskazówek jak ulepszyć swój warsztat. Mam nadzieję, że okażą się one przydatne.

1. Pisania nie można się nauczyć.
Powtórzę to, o czym pisałam już wyżej. Zabrzmi to okrutnie, ale jeśli nie urodziłeś się z darem do  przyzwoitego komponowania zdań nie pomogą Ci żadne poradniki. Możesz się upierać, że jest inaczej, jednak życie szybko to zweryfikuje. Natomiast jeżeli wydaje Ci się, że napisane przez Ciebie teksty mają w sobie „to coś”, nie bój się zasięgnąć opinii ekspertów. Wyślij tekst do osoby, która zajmuje się profesjonalną edycją/korektą i poczekaj na recenzję. W ostateczności możesz też zapytać swojego polonisty, jednak nie gwarantuję, że osoba taka będzie obiektywna ;)

2. Czytaj jak najwięcej.
To chyba oczywiste. Im więcej czytasz, tym większym zasobem słów dysponujesz. I nie mówię tutaj o ślęczeniu nad książką ze słownikiem w dłoni, tylko o naturalnej skłonności naszego umysłu do zapamiętywania różnorodnych zdań i zwrotów. Im więcej czytasz, tym łatwiej będzie Ci przychodziło pisanie własnych tekstów. Z czasem wyrobisz w sobie pewną płynność i lekkość w przelewaniu słów na papier i nie będziesz się nawet zastanawiał, czy stworzone przez Ciebie zdania mają logiczny sens. Wyczujesz to intuicyjnie. Zresztą wszyscy autorzy jak mantrę powtarzają: czytać, czytać i jeszcze raz czytać.

3. Oglądaj filmy i seriale.
Ale rób to uważnie. Nie patrz się bezmyślnie w ekran tylko od początku do końca pozostań świadom tego, w jaki sposób skomponowany został scenariusz. Zaobserwuj jak prowadzona jest akcja, w jakich okolicznościach wprowadzani są bohaterowie i kiedy następuje moment kulminacyjny całej opowieści. W przypadku seriali zauważ jak kończą się poszczególne odcinki. Przeważnie to właśnie wtedy pojawia się drobny cliffhanger, który powoduje, że nie możesz się oderwać i oglądasz dalej :) Ten sam trik zastosuj w swojej książce. Prowadź akcję w ten sposób, żeby koniec jednego rozdziału zachęcał do rozpoczęcia następnego. Możesz się tego nauczyć, ale najpierw musisz poobserwować jak robią to profesjonaliści :)

4. Pisz bloga.
Pisanie książek to proces powolny i czasem dość monotonny, ale jeżeli tak bardzo ciągnie Cię do pisania, że nie możesz wprost wytrzymać i musisz codziennie coś skrobnąć, załóż bloga i zamieszczaj tam krótkie teksty. Może być on poświęcony Twojemu hobby. Ja zaczynałam od pisania recenzji płyt, filmów i książek. Taka krótka forma literacka pozwoli Ci się rozpisać i sprawi, że nauczysz się systematyczności (no dobra, ja mam z tym akurat pewien problem :P). A poza tym blogowanie stanowi idealny początek do budowania bazy swoich stałych czytelników.

5. Obserwuj rzeczywistość.
Chyba moja ulubiona metoda. Nic tak nie nakręca do działania jak obserwacja rzeczywistości. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele tekstów inspirowanych jest zwykłą, szarą codziennością. Idziesz ulicą a Twoją uwagę przykuł idący przed Tobą mężczyzna z czarnym parasolem? Świetnie! Zapamiętaj jak wyglądał, a po jakimś czasie stwórz na bazie zapamiętanego obrazu postać eleganckiego starszego mężczyzny, który pojawia się regularnie na skąpanej w słońcu ulicy i zawsze trzyma nad głową rozłożony parasol. Kim jest? Skąd się wziął? I dlaczego widzi go tylko mała dziewczynka, która zawsze tą samą drogą wędruje do szkoły? Widzisz jakie to proste? Jeden element, który przykuł Twoją uwagę uruchomił lawinę skojarzeń, która może stanowić całkiem niezły zalążek opowieści. Wykorzystaj to!

6. Otaczaj się inspirującymi osobami.
Znasz to uczucie, kiedy rozmawiasz ze znajomym i nagle zwykły, niepozorny dialog przeistacza się w najprawdziwszą burzę mózgów? Abstrakcja rodzi abstrakcję, a jeżeli zaangażujesz w swój projekt osobę, która jest Ci szczególnie bliska razem możecie stworzyć coś niesamowitego. Najlepsze pomysły rodzą się bowiem pod wpływem najsilniejszych emocji. Możesz też pokazać przyjaciołom swoje teksty i poprosić ich o opinię. Może dostrzegą coś, co Tobie umknęło i wskażą Twojej opowieści zupełnie nowy kierunek? Nie bój się więc prosić o pomoc. To Twoja historia, ale nikt nie powiedział, że jesteś nieomylny i nie powinieneś czasem skorzystać z cennych rad swoich przyszłych czytelników :)

7. Pisz o tym, o czym masz pojęcie.
Możesz być wielkim fanem kryminałów, ale nie napiszesz własnego jeżeli nie będziesz się orientował w jaki sposób prowadzone jest policyjne dochodzenie. Komisarz Kowalski zostaje wezwany na miejsce wstrząsającej zbrodni (tutaj możesz puścić wodze wyobraźni i opisać co  sprawca zrobił z ciałem) i otrzymuje zadanie schwytania zwyrodnialca, który wywołał panikę wśród miejscowych. Brzmi smakowicie. No ale co dalej? Czy wiesz jakie są poszczególne etapy śledztwa? Czy zdajesz sobie sprawę jak to wygląda z prawnego punktu widzenia? Jeśli masz w swoim otoczeniu osobę, która pomoże Ci przeprowadzić niezbędny risercz to świetnie, jeśli nie, będziesz błądził po omacku i nigdy nie napiszesz tej książki. 

8. Pisz jak  najwięcej.
Trenuj i szlifuj warsztat kiedy tylko możesz. Ale pamiętaj, że największą tragedią dla człowieka jest postępowanie wbrew sobie, toteż jako autor musisz pamiętać, że żaden Twój tekst nie będzie dobry jeżeli nie będzie w nim Ciebie. Powtarzam to do znudzenia, ale pozostań wierny sobie i swoim przekonaniom, a przy odrobinie talentu jakim dysponujesz stworzone przez Ciebie historie będą na tyle autentyczne, że czytelnicy prędzej czy później to dostrzegą :)

niedziela, kwietnia 5

Dlaczego tak lubię literaturę grozy?



Od dziecka wiedziałam, że będę pisać książki. Pragnienie przelewania na papier kotłujących się w mojej głowie myśli i historii było tak silne, że prędzej czy później musiało znaleźć ujście. Jako mała dziewczynka nie zdawałam sobie jednak sprawy, że w wyniku różnych splotów okoliczności, zamiast przyjemnych powieści młodzieżowych, jakie sobie założyłam, będę pisać równie przyjemne, acz pokręcone i mroczne historie, które nie każdemu przypadną do gustu.

Nie lubię określać swojej twórczości mianem horroru. Nie lubię szufladkowania. Jeśli powiem, że jestem autorką, która pisze wyłącznie horrory, skłamię i zamknę się w ramach jednego gatunku, który przecież nie jest zbyt popularny. Współcześnie wszyscy czytają albo romanse, albo kryminały. No i fantastykę. Nie zapominajmy o fantastyce, która niezmiennie króluje wśród miłośników czytania. A ja? Wybrałam chyba jeden z najmniej przyszłościowych kierunków literackich. Gdy bliżsi i dalsi znajomi dowiedzieli się, że wydaję książkę zaczęli dopytywać czego będzie ona dotyczyła, a gdy niechętnie zdradziłam, że napisałam horror, zaczęły się pytania: Ty? Taka miła i spokojna dziewczyna lubisz horrory?

I w tym właśnie miejscu zdementuję dwie rzeczy. Po pierwsze, wcale nie jestem spokojna i miła, po drugie wcale nie lubię horrorów :P

Nie lubię się bać. Nie oglądam więc ani filmów, ani seriali, które w jakimś stopniu próbują mnie nastraszyć. I nie mówię tu o produkcjach pełnych nieuzasadnionej przemocy i latających flaków, a o rzeczach z klimatem, grozą czającą się w zakamarkach. Po nocnym seansie „Kobiety w czerni”, jaki sobie zafundowałam lata temu chyba przez tydzień podskakiwałam przy najlżejszym hałasie. A  umówmy się, nie był to film wysokich lotów. Od tamtej pory unikam więc raczej oglądania horrorów. Zdecydowanie wolę kino akcji i dramaty.

Z grozą w literaturze jest jednak inaczej. Nie zaczytuję się namiętnie w mrocznych historiach, na dłuższą metę mnie one przytłaczają. Tutaj rzeczywiście i ja skłaniam się ostatnio bardziej w stronę fantastyki, a jednocześnie na boku romansuję ze skandynawskim kryminałem. 
Jeśli chodzi jednak o pisanie to nie wyobrażam sobie, że miałabym tworzyć cokolwiek innego. Mroczne domostwa, skrzypiące schody, jęki dusz udręczonych. Te wszystkie elementy same wypływają spod moich palców. Dreszcz rozkoszy przemyka po moim ciele, gdy opisuję migotliwy płomień świecy, który nagle gaśnie, a moja bohaterka wędruje pogrążonymi w ciemnościach korytarzami mrocznej rezydencji. Pary niewidzialnych oczu śledzą wówczas każdy jej krok, a czytelnikowi włosek jeży się na głowie ;) 

Nie lubię się bać a taką frajdę sprawia mi straszenie innych ;) 

Pisałam wcześniej, że nie chcę zamykać się w ramach jednego gatunku. Dlatego też moje opowieści balansują na granicy horroru, powieści obyczajowej i przygodowej. Gdzieniegdzie przemycę też wątki fantastyczne, ale w ilości śladowej, by mieszanka ta nie stała się zbyt ciężkostrawna.

Samego „Lee Schubienika” zaklasyfikowałabym jako „romantyczny horror”. Swoją stylistyką nawiązuje bowiem do klasyki gatunku i bliżej mu do powieści gotyckiej niż do współczesnego horroru. To mój osobisty ukłon w stronę Poe'go, który inspirował mnie praktycznie całe życie.

Oglądałam ostatnio na YouTubie materiał poświęcony właśnie grozie i padło w nim sformułowanie, że gatunek ten niesłusznie jest przez czytelników niedoceniany. Kwestionuje on bowiem wszystko to, w co tak naprawdę wierzymy i zmusza do zrewidowania poglądów, skłaniając jednocześnie do refleksji, czy poza naszą rzeczywistością kryje się coś jeszcze. Ukryte w cieniu, nieuchwytne dla ludzkiego oka, a przy tym tak szalenie intrygujące. 

Coś, o czym warto pisać.



Źródło fot: www.longislandpress.com